Sto dni igrzysk
Amfiteatr Flawiuszów, dziś znany jako Koloseum, otwarto w 80 roku za cesarza Tytusa z dynastii Flawiuszów. Uroczystości trwały sto dni. Program wykraczał daleko poza pojedynki uzbrojonych mężczyzn.
Rzymski poeta Marcjalis opisywał widowiska wodne z epoki Flawiuszów, a senator i historyk Kasjusz Dion twierdził, że w amfiteatrze pojawiły się nawet okręty. TArcheolodzy badający system kanalizacyjny Koloseum przyznają, że starożytne relacje nie pozwalają bezspornie odtworzyć sposobu organizacji tych pokazów.
Znacznie pewniejszy jest typowy rytm rzymskich igrzysk. Program zaczynał się rano od venationes, czyli polowań ze zwierzętami. Wtedy arena stawała się pokazem zasięgu imperium.
Bestie o poranku
Venatores, wyszkoleni łowcy, mierzyli się z dzikimi zwierzętami. Na rzymskich arenach pojawiały się lwy, pantery, nosorożce i słonie.
Sprowadzanie egzotycznych gatunków było kosztowne. Ich obecność pokazywała bogactwo fundatora i rozległość rzymskiego panowania.
Kasjusz Dion pisał, że podczas stu dni igrzysk inaugurujących Koloseum zabito 9 tys. dzikich i oswojonych zwierząt. Po porannych łowach przemoc stawała się jeszcze bardziej bezpośrednia.
Południe skazańców
Jeszcze przed otwarciem Koloseum filozof Seneka, wychowawca przyszłego cesarza Nerona, poszedł na igrzyska w południe, licząc na lżejszą rozrywkę. Zamiast niej zobaczył ludzi zmuszanych do walki bez szansy na ocalenie. Nazwał to po prostu "rzezią".
Skazanych krzyżowano, palono, zabijano mieczem albo wystawiano na atak zwierząt. Kara zależała również od pozycji społecznej. Czasem egzekucję układano według znanego mitu, więc widz oglądał scenę, której finałem była prawdziwa śmierć.
Dopiero po tej części przychodził czas na gladiatorów. Przegrany nie musiał jednak umrzeć.
Gladiatorzy po obiedzie
Walki zwykle stanowiły główną część popołudniowego programu. Pojedynki sine missio, czyli bez możliwości darowania życia pokonanemu, należały do rzadkości. Częściej przegrany mógł otrzymać missio, czyli łaskę, i zejść z areny żywy.
Powód był również finansowy. Wyszkolony gladiator przedstawiał znaczną wartość, a jeśli zginął, jego właściciel mógł zażądać od organizatora nawet 50-krotności ceny wynajęcia zawodnika. Śmierć na arenie nie była więc automatycznym finałem każdego starcia.
Sami widzowie też nie siedzieli bezczynnie. Na trybunach jedli, grali i obstawiali, a pozostawione przez nich drobiazgi przetrwały w kanałach Koloseum.
Ostrygi na trybunach
Archeolodzy znaleźli tam kości wieprzowe i drobiowe, muszle ostryg, pestki owoców, orzechy, kości do gry oraz małe kościane wykałaczki.
Te ostatnie służyły także do wyciągania mięczaków z muszli. Wino prawdopodobnie wydawano na żetony uprawniające do jednej racji, żeby ograniczyć pijackie awantury.
Wstęp był bezpłatny, ale układ miejsc odzwierciedlał rzymską hierarchię. Senatorowie siedzieli najbliżej areny, za nimi ekwici, czyli członkowie rzymskiego stanu jeździeckiego, a plebejusze trafiali wysoko pod kolumnadę. Do części dla publiczności prowadziło 76 numerowanych łuków.
Najbardziej skomplikowany spektakl rozgrywał się jednak tam, gdzie widz nie zaglądał: pod jego stopami.
Maszyna pod areną
Pod podłogą znajdowały się korytarze, klatki, zapadnie, windy i ruchome platformy. W okresie Flawiuszów działało 28 wciągarek podnoszących klatki ze zwierzętami.
Każda wciągarka wymagała ośmiu osób, więc jednoczesna obsługa wszystkich angażowała 224 ludzi. W centralnym korytarzu kolejnych 20 platform wynosiło dekoracje używane podczas polowań i egzekucji.
Dziś podziemia Koloseum są odsłonięte i widać w nich czternaście korytarzy dawnego zaplecza. Dwa tysiące lat temu widz oglądał efekt: zwierzę pojawiające się nagle na arenie. Ośmiu ludzi obracających kołowrót jednej windy pozostawało poza jego wzrokiem.