Jakow J. Martyszewski, "Ciernistym szlakiem. Wspomnienia 1914-1914" – fragment książki
Jakow J. Martyszewski, "Ciernistym szlakiem. Wspomnienia 1914-1914" – fragment książki
Zimą na przełomie 1915 i 1916 roku na froncie wschodnim zapanował względny spokój. Nie wszystkim dowódcom odpowiadała jednak cisza w okopach. Rosyjscy żołnierze byli wysyłani na nocne wypady, za które wielu płaciło życiem. W końcu Niemcy postanowili się odegrać. Ich celem stał się wysunięty posterunek, na którym żołnierze spali spokojnie, nie spodziewając się ataku. Historię tę opisał Jakow Jefgrafowicz Martyszewski w książce "Ciernistym szlakiem. Wspomnienia 1914-1918" (Wydawnictwo Finna, Gdańsk 2026). Poniżej publikujemy jej fragment.
Ta całkowita bierność z obu stron, zdaniem dowódcy naszej dywizji, generała Tkaczewskiego, uważającego się za wielkiego stratega, podkopywała morale jego, jak to mawiał, "stalowej dywizji". Dlatego od czasu do czasu wydawał rozkaz jakiemuś pułkowi dywizji, stojącemu na pozycji, przeprowadzenia siłami kompanii zwiadu bojem – z nieodłącznym wymogiem pochwycenia jeńców.
Można sobie wyobrazić całą głupotę i okrucieństwo takich rozkazów! Jak dla zabawy, dwustu nieszczęsnych, skazanych na zagładę ludzi rzucano w nocy na druty kolczaste wroga […]
Przez jakieś pół godziny na froncie trwało tak upragnione przez generała Tkaczewskiego "ożywienie bitewne", trzaskały niemieckie karabiny maszynowe, jedna za drugą wzlatywały flary, pękały granaty ręczne, waliła salwami artyleria. A potem następował koniec krwawego przedstawienia. Wszystko cichło.
Resztki posłanej na zwiad kompanii, rozproszone, zdemoralizowane, wściekłe na dowództwo, kryły się w swych okopach, a pod nieprzyjacielskimi zasiekami zostawali nasi zabici i ze dwie dziesiątki ciężko rannych, których zbierali potem niemieccy sanitariusze. Często krzyki tych nieszczęsnych ofiar docierały do nas i wówczas krwawiły nam serca.
Och, gdyby te krzyki mógł słyszeć generał Tkaczewski, ten pustogłowy i zżarty przez ambicję człowiek, którego, nawiasem mówiąc, nigdy nie widzieliśmy w okopach! Tak, panowie rosyjscy generałowie, nie należało tak lekkomyślnie i okrutnie szastać ludzkim życiem, gdy sytuacja bojowa tego nie wymagała, jak to miało miejsce podczas ostatniej wojny światowej!
Posterunek wystawiony na niebezpieczeństwo
Niemcy lekką ręką odpierali te śmiałe wypady z naszej strony. Ale w końcu, jak każda dokuczliwa mucha, wyprowadziliśmy ich z równowagi i pewnego dnia postanowili nam odpłacić.
Na pozycji stał 19 Kostromski Pułk Piechoty naszej dywizji. Na jego prawym skrzydle nasza główna linia umocnień odchodziła łukiem do tyłu, ponieważ w tym miejscu rzeka Szczara zakręcała ostrym zakolem.
Aby obserwować wroga, w nocy na niewielkim wzgórzu naprzeciwko zrujnowanej wioski Jakimowicze rozmieszczano posterunek obserwacyjny w składzie jednego plutonu. Miejsce to było zupełnie nieumocnione i znajdowało się w dość znacznej odległości od naszej pierwszej linii.
Łączność telefoniczna była podciągnięta tylko do tej kompanii, z której składu wystawiano posterunek. Tak więc nad placówką wisiało ciągłe śmiertelne niebezpieczeństwo, iż wróg zniszczy ją którejś pięknej nocy.
Niemcy atakują śpiących żołnierzy
I tak też się stało. Niemcy na razie zostawili posterunek w spokoju, ale nie spuszczali go z oka i szykowali kostromcom niemiłą niespodziankę.
Owej fatalnej nocy ludzie z placówki, przyzwyczajeni już do tego, że Niemcy im tu nie przeszkadzają, w pełnym przekonaniu, że i tym razem wszystko pójdzie dobrze, beztrosko zasnęli w swoich ziemiankach, zdając się na czujność wystawionej warty. Pewien chorąży, dowódca posterunku, zdążył się nawet rozebrać i położyć spać jakby nigdy nic, w samej bieliźnie, bo, jak widać, w ziemiance było mu zbyt gorąco.
Noc była mglista i ciemna. Niemcy półkompanią podkradli się niezauważeni i bez jednego strzału rzucili się na naszą placówkę.
Zapanowało niewiarygodne zamieszanie, rozległy się krzyki, rozpętała się bezładna strzelanina. Zaspani żołnierze, obudzeni krzykami i strzałami, oszalali z przerażenia, wyskakiwali z ziemianek i natychmiast ginęli pod ciosami bagnetów lub byli brani do niewoli.
Bohater tego niewybaczalnego zaniedbania, chorąży, z trudem umknął w samej bieliźnie. Wzdłuż całej linii podniesiono alarm. Zaterkotały karabiny maszynowe, artyleria otworzyła ogień.
Jednym słowem zapanowało takie zamieszanie, iż miało się wrażenie, że zaczęło się prawdziwe natarcie. Bez przerwy dzwoniono ze sztabu dywizji i pytano, co się dzieje.
Zaś garstka Niemców, która narobiła tyle hałasu, najspokojniej w świecie zabrała się do siebie i palba wkrótce ucichła. Z posterunku ocalało wszystkiego dziesięciu ludzi, zaś pozostałych dwudziestu zakłuto bagnetami lub powleczono do niewoli. Nieszczęsny chorąży, niemal na śmierć przerażony tym, co się wydarzyło, o włos uniknął sądu wojennego.
Niniejszy tekst stanowi fragment najnowszej książki Jakowa J. Maryszewskiego, "Ciernistym szlakiem. Wspomnienia 1914-1914" (Wydawnictwo Finna, Gdańsk 2026). Książkę można zamówić w wielu księgarniach, w tym m.in. TUTAJ.