Najpierw wstrząs, potem fale
Ziemia zatrzęsła się około godziny 5.20. Wstrząs o magnitudzie szacowanej na 7,1 trwał według relacji zaledwie kilkadziesiąt sekund. Tyle wystarczyło, aby całe ulice Messyny i położonego po drugiej stronie cieśniny Reggio di Calabria pokryły się ruinami.
Ogromną rolę odegrał stan budynków. W Messynie wiele domów nadbudowywano, nie wzmacniając odpowiednio ich konstrukcji. Ciężkie dachy i stropy zapadały się do środka, a ściany ze słabo połączonych materiałów rozpadały się pod naporem wstrząsów.
Niedługo potem od strony morza nadeszło kolejne niebezpieczeństwo. W niektórych miejscach woda najpierw się cofnęła, a następnie na ląd wtargnęły fale tsunami. Ludzie szukający schronienia z dala od walących się domów mogli trafić wprost na zalewane wybrzeże.
W okolicy Pellaro w Kalabrii woda sięgnęła miejscami około 13 metrów powyżej zwykłego poziomu morza. Nie oznacza to, że cała cieśnina została zalana falą tej samej wysokości.
Rozmiary zniszczeń różniły się w zależności od ukształtowania brzegu i położenia miejscowości.
Miasto pozbawione łączności
Zniszczeniu uległy drogi i tory kolejowe, nie działał też telegraf. Wiadomości o katastrofie docierały do władz z opóźnieniem, a przez wiele godzin nie znano pełnej skali zniszczeń. Zanim pojawiły się większe oddziały ratunkowe, ludzie wydobywali spod gruzów sąsiadów własnymi siłami.
Śmierć lub obrażenia wielu urzędników i pracowników służb publicznych dodatkowo utrudniały organizowanie pomocy. Miejscowa administracja została sparaliżowana właśnie wtedy, gdy mieszkańcy potrzebowali jej najbardziej.
W relacjach z następnych dni pojawiały się informacje o rabunkach i trudnościach z utrzymaniem porządku. Niedostatek żywności oraz miejsc do spania potęgował napięcie. Równocześnie wielu ocalałych pomagało rannym i uczestniczyło w poszukiwaniach, dlatego obraz samej grabieży byłby niepełny.
Jeszcze gorsza mogła być sytuacja w mniejszych osadach, oddalonych od głównych punktów pomocy. Do niektórych ratownicy docierali po wielu dniach, a nawet tygodniach.
Dramat Messyny przyciągał największą uwagę, choć zniszczenia obejmowały także liczne miejscowości na kalabryjskim wybrzeżu.
Port stał się drogą pomocy
Włoscy marynarze, którzy znajdowali się w Messynie, przystąpili do przeszukiwania ruin. Teren oświetlano m.in. reflektorami krążownika "Piemonte". Ponieważ lądowe połączenia były uszkodzone, statki dawały dostęp do ludzi i sprzętu potrzebnych w akcji ratunkowej.
Wkrótce dołączyły do nich jednostki rosyjskie i brytyjskie. Okręty przywoziły zaopatrzenie, pomagały rannym i zabierały poszkodowanych z miasta. Cieśnina, którą chwilę wcześniej przetoczyło się tsunami, stała się trasą dostaw i ewakuacji.
Z innych części Włoch nadciągali lekarze, żołnierze i robotnicy. Pilnie potrzebowano leków, żywności, odzieży oraz narzędzi do usuwania gruzów. Równolegle z działaniami władz powstawały komitety organizujące pomoc dla tych, którzy stracili domy i bliskich.
Dokładnej liczby zabitych nigdy nie udało się ustalić. W opracowaniach często pojawia się szacunek około 80 tys. ofiar śmiertelnych. Zniszczone całe rodziny, chaos po katastrofie i przemieszczenia mieszkańców utrudniały sporządzenie wiarygodnego bilansu.
Władza wojskowa i drewniane schronienia
Na początku stycznia 1909 roku kierowanie działaniami powierzono generałowi Francescowi Mazzy i wprowadzono stan oblężenia. Wojsko miało opanować chaos, lecz sposób jego postępowania budził sprzeciw. Krytykowano zarówno traktowanie mieszkańców, jak i organizację pomocy.
Po wydobyciu ocalałych spod ruin jednym z najpilniejszych zadań stało się zapewnienie dachu nad głową. Dostarczano drewno i budowano prowizoryczne baraki. Trzeba było też zapewnić wodę pitną i odpowiednie warunki sanitarne dla skupisk ludzi pozbawionych mieszkań.
Tsunami zniszczyło nie tylko domy przy brzegu. Fale przesuwały łodzie i urządzenia portowe, uszkadzały odcinki kolei i utrudniały korzystanie z przystani. Zdarzało się zatem, że budynek ocalały z samego trzęsienia nie nadawał się już do bezpiecznego zamieszkania.
14 lutego 1909 roku zniesiono stan oblężenia i przywrócono administrację cywilną. Dla tysięcy ludzi nie oznaczało to jednak szybkiego powrotu do normalnych domów. Jeszcze w lipcu 1910 roku prowizoryczne baraki wraz z zajmowanymi terenami przekazywano gminom.