Rzeczy na brzegu
Tamiza była jedną z najważniejszych dróg transportowych Londynu. Ze statków i barek przeładowywano towary, a część ładunków i wyposażenia trafiała do wody. Podczas odpływu rzeka odsłaniała pasy błota, na których można było znaleźć pozostałości portowej pracy.
Zbieracze wypatrywali przede wszystkim węgla i drewna, ale zabierali również żelazo, miedź, kości, stare liny i kawałki płótna. Nie szukali rzeczy pięknych, lecz takich, za które ktoś gotów był zapłacić. Nawet drobny przedmiot mógł mieć wartość jako opał lub surowiec.
Kawałki węgla znajdowały odbiorców w ubogich domach, a metal czy stare sznury skupowali handlarze używanymi materiałami. Miejsce poszukiwań miało znaczenie. W pobliżu stoczni pojawiały się inne resztki niż tam, gdzie wyładowywano opał.
Dobrze było znać rzekę i wracać do sprawdzonych odcinków brzegu. Pracy nie dało się jednak rozpocząć o dowolnej porze. To odpływ odsłaniał teren, a nadchodząca woda stopniowo zabierała czas na zbieranie.
Dodatkowy dochód
Wśród mudlarks spotykano dzieci, starszych ludzi i kobiety, którym trudno było znaleźć inne zatrudnienie. Nie potrzebowali warsztatu ani pieniędzy na zakup towaru, ale ich dochód zależał od szczęścia i wysiłku. Zwykle były to niewielkie sumy, zdobywane w trudnych warunkach.
Ich życie opisał Henry Mayhew w "London Labour and the London Poor". Rozmawiał m.in. z chłopcem, który przeszukiwał brzeg razem z młodszym bratem. Za ich pracą kryły się problemy całej rodziny, a nie dziecięca przygoda nad wodą.
Gdy ojciec chorował albo nie mógł zarabiać, a matce brakowało pieniędzy, do utrzymania domu dokładali się najmłodsi. Oddawali bliskim to, co udało im się uzyskać ze sprzedaży znalezisk. Czasem podejmowali również drobne prace poza rzeką.
Mayhew przytaczał szacunek około trzech pensów dziennego zarobku. Nie była to jednak pensja wypłacana za określoną liczbę godzin. Jednego dnia można było znaleźć więcej, drugiego prawie nic, a ostateczna zapłata zależała również od kupującego.
Brud, skaleczenia i ryzyko kary
Dziewiętnastowieczna Tamiza przyjmowała ścieki i rozmaite odpadki. Mudlarks brodzili w zanieczyszczonym błocie, niekiedy boso. Wśród znalezisk trafiały się gwoździe i odłamki szkła, które łatwo mogły rozciąć stopę.
Dla kogoś utrzymującego się z codziennego zbierania nawet niewielka rana oznaczała poważny problem. Utrudniała chodzenie i odbierała możliwość zarobku. Do tego dochodziły chłód, wilgoć i ryzyko związane ze zmieniającym się poziomem wody.
Nie zawsze istniała wyraźna granica między zabraniem porzuconej rzeczy a kradzieżą ładunku. Mayhew wspominał o chłopcu skazanym na więzienie za węgiel zabrany z barki. Zbieracze mogli wchodzić w konflikt z właścicielami towarów i pilnującymi ich ludźmi.
Trzeba przy tym pamiętać, że opowieści o londyńskiej biedocie spisywali zewnętrzni obserwatorzy. Oceniali wygląd, zachowanie i wykształcenie swoich rozmówców, nie zawsze bez uprzedzeń. Czym innym są takie sądy, a czym innym konkretne wiadomości o urazach, zarobkach czy sytuacji rodzinnej.
Peggy Jones
Jedną z kobiet zapamiętanych z nazwiska była Peggy Jones, która na początku XIX wieku zbierała węgiel w okolicy Blackfriars. Opisał ją Ralph Smith Kirby. Jej codzienna praca polegała na wyławianiu tego, co zostawało po ruchu statków i barek.
Według Kirby’ego Jones wchodziła do wody i stopami rozpoznawała leżące na dnie kawałki opału. Niekiedy marynarze pomagali jej, zrzucając węgiel ze statków. Zebrany materiał sprzedawała, aby zdobyć pieniądze na utrzymanie.
Około lutego 1805 roku przestała pojawiać się w okolicy, w której widywano ją wcześniej. Kirby wspomniał o tym w swoim opisie, lecz nie wyjaśnił, co stało się z kobietą. Późniejsza publikacja relacji nie oznacza, że wciąż pracowała nad Tamizą.
Dziś brzeg rzeki przyciąga również kolekcjonerów i osoby zainteresowane archeologią Londynu. Od lat 70. XX wieku London Museum współpracuje ze znalazcami. Przedmioty wydobyte z błota pomagają dokumentować życie mieszkańców miasta w różnych epokach.