Atak umarłych. Najstraszniejszy kontratak w historii wojen

Ilustracja poglądowa (Russia.tv)Ilustracja poglądowa (Russia.tv)
Źródło zdjęć: © Licencjodawca

O świcie 6 sierpnia 1915 roku niemieckie oddziały wypuściły w stronę twierdzy Osowiec chmurę trującego gazu. Atak miał zakończyć wielomiesięczny opór garnizonu, lecz część zatrutych żołnierzy zdołała jeszcze przeprowadzić kontratak.

Twierdza na drodze do Białegostoku

Osowiec leżał wśród bagien i rozlewisk Biebrzy. Położenie utrudniało marsz dużych oddziałów, dlatego szlaki prowadzące przez ten teren miały szczególne znaczenie.

Twierdza osłaniała drogę w kierunku Białegostoku. Niemcy próbowali ją zdobyć przy użyciu ciężkiej artylerii, ale ostrzał nie złamał obrony.

Na początku wojny europejskie armie szybko przekonały się, że dotychczasowe metody walki nie wystarczają do przełamania umocnionych pozycji. Coraz większą rolę zaczęła odgrywać broń chemiczna.

Pierwszą dużą próbę jej zastosowania przeciwko wojskom rosyjskim podjęto zimą 1915 roku pod Bolimowem. Niska temperatura osłabiła działanie substancji, dlatego atak nie przyniósł oczekiwanych rezultatów.

Przy Osowcu Niemcy czekali na cieplejszą pogodę i odpowiedni kierunek wiatru. Wzdłuż własnych stanowisk ustawili pojemniki z mieszaniną chloru i bromu.

Gaz nad okopami Osowca

Około czwartej nad ranem otwarto zbiorniki. Ciężka chmura ruszyła w stronę rosyjskich pozycji i zaczęła wypełniać okopy, ziemianki oraz niżej położone pomieszczenia.

Obrońcy nie mieli skutecznych masek przeciwgazowych. Próbowali zasłaniać usta i nos kawałkami materiału, które nie zapewniały właściwej ochrony.

Chlor atakował wilgotne tkanki dróg oddechowych. Powodował silne podrażnienia, duszność i uszkodzenia płuc.

Skutki pojawiły się niemal natychmiast. Wielu żołnierzy nie było w stanie utrzymać broni ani opuścić stanowisk.

Zatruciu uległa znaczna część garnizonu. Niemieckie dowództwo uznało, że droga do twierdzy została otwarta.

Do natarcia ruszyło kilka tysięcy żołnierzy. Atakujący spodziewali się jedynie zajęcia opuszczonych lub wypełnionych ciałami okopów.

Sytuację skomplikowała pozostałość gazowej chmury. Część niemieckiej piechoty weszła na teren, na którym stężenie substancji nadal było niebezpieczne.

Kontratak ocalałych żołnierzy

W twierdzy wydano rozkaz zebrania wszystkich ludzi zdolnych jeszcze do walki. Zgłosiło się około 60 żołnierzy.

Wielu miało poważnie uszkodzone drogi oddechowe. Oddychali z trudem, kaszleli krwią i osłaniali twarze zakrwawionymi kawałkami materiału.

Na czele grupy stanął podporucznik Władimir Kotliński. Sam również został zatruty, lecz poprowadził ludzi w kierunku utraconych pozycji.

Niemieccy żołnierze nie spodziewali się oporu. Widok rannych i ciężko oddychających obrońców, którzy nagle ruszyli do ataku, wywołał zamieszanie.

Rosjanie wsparli kontratak ogniem artylerii. Niemieckie oddziały zaczęły się cofać, a odwrót szybko stracił zorganizowany charakter.

Część uciekających wpadła na własne zasieki. Inni próbowali wydostać się z obszaru, nad którym nadal utrzymywały się resztki gazu.

Kotliński został śmiertelnie ranny. Dowodzenie przejął kolejny oficer, a obrońcy odzyskali wcześniej utracone pozycje.

Przed południem niemieckie natarcie zostało przerwane. Próba zdobycia twierdzy przy użyciu broni chemicznej zakończyła się niepowodzeniem.

Ewakuacja Osowca i narodziny legendy

Obrona z 6 sierpnia nie zmieniła ogólnej sytuacji na froncie. Wojska rosyjskie wycofywały się, a Warszawa znalazła się już w rękach niemieckich.

Utrzymywanie oddalonej twierdzy przestało mieć znaczenie strategiczne. Garnizon mógł zostać odcięty od pozostałych sił.

Rosyjskie dowództwo zarządziło ewakuację Osowca. Żołnierze opuścili forty 18 sierpnia, zaledwie kilkanaście dni po odparciu gazowego szturmu.

Saperzy wysadzili część umocnień. Nie chciano pozostawić przeciwnikowi sprawnej twierdzy, którą mógłby wykorzystać we własnych działaniach.

Wojskowo obrona okazała się więc jedynie krótkim sukcesem. Rosjanie ocalili pozycje, ale wkrótce sami z nich zrezygnowali.

W pamięci pozostał jednak kontratak zatrutych żołnierzy. Z czasem zaczęto nazywać go "atakiem umarłych".

Określenie podkreślało wygląd ludzi wychodzących z gazowej chmury, ale też ich stan. Wielu z nich walczyło mimo obrażeń, które nie dawały większych szans na przeżycie.

Wybrane dla Ciebie