Bitwa pod Janowem. Tak Polacy zaskoczyli Rosjan
Latem 1863 roku w okolicach jurajskiego miasteczka rozegrał się epizod, który mógłby posłużyć za scenariusz filmowy. Rosyjscy żołnierze korzystali z upałów, zażywając kąpieli w okolicznym stawie, podczas gdy polscy powstańcy skradali się przez las tak blisko, że słyszeli rozmowy wroga. Kilka chwil później broń leżąca na brzegu okazała się bezużyteczna dla nagich żołnierzy carskiej armii.
Zygmunt Chmieleński
Dowódcą polskiego oddziału był Zygmunt Chmieleński, człowiek o nietypowej biografii jak na partyzanckiego przywódcę. Swoją wiedzę wojskową zdobył w carskiej Akademii Wojennej w Petersburgu, gdzie poznał dokładnie taktykę i strukturę armii, przeciwko której miał wkrótce stanąć.
Po ukończeniu nauki służył przez pewien czas w rosyjskich szeregach, co dało mu praktyczne doświadczenie w prowadzeniu operacji militarnych. Następnie wyjechał do Włoch, gdzie w szkole wojskowej w Cuneo przekazywał swoją wiedzę młodym Polakom przygotowującym się do walki o niepodległość.
Wybuch powstania w styczniu 1863 roku zastał Chmieleńskiego jako niespełna trzydziestoletniego mężczyznę z solidnym przygotowaniem teoretycznym i praktycznym. Oficer powrócił do kraju i rozpoczął organizowanie oddziału w powiecie olkuskim. Jego działalność szybko została zauważona przez rosyjskie dowództwo, które postanowiło zdusić zagrożenie, zanim osiągnie ono większe rozmiary.
Z Częstochowy ruszyła ekspedycja karna składająca się z 3 rot piechoty Białozierskiego Pułku oraz sotni kozackiej. Rosjanie rozdzielili swoje siły, kierując część żołnierzy do Lelowa z zamiarem odcięcia powstańcom drogi odwrotu. Chmieleński zdawał sobie sprawę z przewagi liczebnej przeciwnika, dysponował bowiem zaledwie 150 ludźmi wobec kilkuset rosyjskich żołnierzy operujących w regionie.
Pozycja wśród skał i lasów
Polski dowódca wybrał na swoją bazę trudno dostępny teren pod Złotym Potokiem, gdzie skały i gęste lasy tworzyły naturalne fortyfikacje. Rosjanie zdawali sobie sprawę, że frontalny atak na tak umocnioną pozycję wymagałby znacznych posiłków i mógłby kosztować wiele ofiar. Postanowili więc czekać na przybycie kolejnych jednostek, licząc, że czas działa na ich korzyść.
Chmieleński rozumiał jednak, że bierność oznacza powolne okrążenie i ostateczną zagładę jego niewielkiego oddziału. Petersburska edukacja nauczyła go, że inicjatywa na polu walki często decyduje o losach starcia. Oficer podjął więc decyzję, która wymagała niezwykłej odwagi. Zamiast czekać na atak przeważających sił przeciwnika, zdecydował się uderzyć pierwszy.
Plan zakładał wykorzystanie elementu zaskoczenia, jedynej przewagi, jaką dysponowali powstańcy. Chmieleński wiedział, że rosyjscy żołnierze czują się bezpiecznie w głębokim zapleczu i nie spodziewają się ofensywnych działań ze strony garstki partyzantów. Ta pewność siebie miała stać się słabością carskich oddziałów.
Atak nad stawem
Lipcowy upał dokuczał wszystkim, a żołnierze rosyjscy postanowili wykorzystać okoliczne zbiorniki wodne do ochłody. 6 lipca Kozacy oraz piechurzy z pułku witebskiego zgromadzili się nad stawem przy wsi Ponik, oddalonej o kilkaset kroków od Janowa. Część kąpała się w stawie, inni zajmowali się końmi przy strumieniu. Broń i umundurowanie leżały na brzegu, a myśl o możliwym ataku nikogo nie niepokoiła.
Powstańcy wykorzystali leśne ścieżki i podeszli niemal na odległość głosu. Chmieleński rozstawił swoich ludzi tak, aby ogień był możliwie skuteczny. Kiedy padły pierwsze strzały, efekt przewyższył oczekiwania. Nadzy lub na wpół ubrani żołnierze nie byli w stanie stawić zorganizowanego oporu. Ruszyli w chaotyczną ucieczkę ku Janowowi, nie zdoławszy nawet sięgnąć po pozostawioną broń.
Polacy ścigali uciekających aż do rynku miasteczka, gdzie Rosjanie próbowali się zgrupować i zorganizować obronę. Siła polskiego uderzenia była jednak zbyt wielka, a zaskoczenie zbyt kompletne. Rosyjskie straty okazały się poważne, bo zginął kapitan wraz z kilkoma oficerami, a łączna liczba zabitych i rannych sięgnęła około 100 ludzi. Kilkudziesięciu poległych pochowano w 2 zbiorowych mogiłach, wozy z rannymi odesłano do Częstochowy.
Powstańcy ponieśli minimalne straty (kilku zabitych i kilkunastu rannych). Zdobyli przy tym kilkanaście koni kozackich oraz kilkadziesiąt sztuk broni, co dla słabo wyposażonego oddziału stanowiło znaczące wzmocnienie.
Odwet na bezbronnych
Zwycięstwo militarne pociągnęło za sobą tragiczne konsekwencje dla cywilnej ludności. Chmieleński wycofał swój oddział w lasy, a do Janowa wkroczyły rosyjskie posiłki dowodzone przez fińskiego pułkownika Johna Casimira Ehrnrootha. Zemsta spadła na tych, którzy nie mogli się bronić.
Żołnierze dopuścili się rabunków, a następnie zamordowali 6 niewinnych mieszkańców. Następnie podpalili zarówno Janów, jak i sąsiednią wieś Ponik. Skala zniszczeń była olbrzymia, bo z ponad 100 domów w Janowie ocalało jedynie 5 budynków mieszkalnych oraz kościół. Miejscowe przekazy wspominają, że ciała pomordowanych wrzucono do studni na rynku.
Tego rodzaju represje wobec ludności cywilnej stanowiły stały element rosyjskiej strategii pacyfikacji powstania. Dowództwo carskie stosowało odpowiedzialność zbiorową, licząc, że strach powstrzyma mieszkańców wsi i miasteczek przed wspieraniem powstańców. W rzeczywistości okrucieństwa te pogłębiały nienawiść do zaborcy, choć jednocześnie rzeczywiście utrudniały działania partyzanckie poprzez niszczenie zaplecza.
Pościg i egzekucja pod dębem
Rosjanie nie poprzestali na zniszczeniu miejscowości. Ruszyli w pościg za wycofującymi się powstańcami. W okolicach miejsca znanego dziś jako Śmiertny Dąb carskie oddziały dopadły polskie tylne straże. 3 schwytanych powstańców powieszono na dębie, który dał nazwę temu miejscu.
Chmieleński uniknął jednak pułapki dzięki pomocy miejscowej ludności. Mieszkańcy okolicznych wsi ostrzegli polskiego dowódcę o ruchach nieprzyjaciela, co pozwoliło mu okrężną drogą dotrzeć bezpiecznie do Złotego Potoku. Lokalna tradycja głosi, że powstańcy nieśli ze sobą zdobyte na Rosjanach złoto, a gdy pościg się nasilił, Chmieleński ukrył pieniądze w ruinach zamku w Ostrężniku. Czy opowieść ta ma jakiekolwiek podstawy faktograficzne, pozostaje tajemnicą.
W potyczce na Wilczej Górze pod Złotym Potokiem walczył młody malarz Adam Chmielowski. Kilka miesięcy później, w starciu pod Mełchowem, został ciężko ranny w nogę. Rana była tak poważna, że kończynę musiano amputować. Według przekazów jedynym środkiem znieczulającym było cygaro, które dano rannemu do zaciągnięcia się przed operacją. Ten sam człowiek przeszedł później do historii jako święty Brat Albert, założyciel zgromadzenia albertynów, opiekun bezdomnych i ubogich.
Ostatnie miesiące dowódcy
Chmieleński kontynuował walkę jeszcze przez pół roku po zwycięstwie pod Janowem. Brał udział w 1 bitwie pod Opatowem, gdzie powstańcom udało się zdobyć kasę powiatową zawierającą 35000 złotych polskich. Pieniądze te posłużyły do finansowania dalszych działań zbrojnych i zakupu uzbrojenia.
Los wojny obracał się jednak przeciwko powstańcom. 16 grudnia 1863 roku Chmieleński trafił do niewoli po starciu pod Bodzechowem, gdzie został ciężko ranny. Rosjanie nie zamierzali okazać litości oficerowi, który tak skutecznie im się przeciwstawiał. Tydzień później, 2 dni po swoich 30 urodzinach, Chmieleński został stracony w Radomiu.
Młody oficer, który potrafił wykorzystać moment słabości przeciwnika i zamienić kąpiel rosyjskich żołnierzy w ich klęskę, nie doczekał końca powstania. Zapisał się jednak w pamięci jako jeden z najbardziej zdolnych dowódców tego zrywu.
Bibliografia
-Świeży J., Bitwa pod Janowem 8 lipca 1863 oraz powstańcze dygresje [https://gazetacz.com.pl/bitwa-pod-janowem-8-lipca-1863-oraz-powstancze-dygresje/]
-Powstanie i poszukiwacze skarbów. Zakopany łup po bitwie pod Janowem [https://powstanie1863-64.pl/dzien/powstanie-i-poszukiwacze-skarbow-zakopany-lup-po-bitwie-pod-janowem/index.htm]