Świat był o krok od katastrofy? Alarm wywołało światło Słońca

Nocą 26 września 1983 roku radziecki system ostrzegania ogłosił, że ze Stanów Zjednoczonych wystartowały pociski rakietowe. Komputer wskazywał coraz większą liczbę zagrożeń, ale podpułkownik Stanisław Pietrow nie uznał ich za potwierdzony atak. Zgłosił wadliwe działanie systemu, podejmując decyzję w jednym z najbardziej napiętych okresów zimnej wojny.

Stanisław Pietrow w mieszkaniu we Friazino, 3 lipca 2016 r.Stanisław Pietrow w mieszkaniu we Friazino, 3 lipca 2016 r.
Źródło zdjęć: © Wikimedia mmons 4.0 | Queery-54

Dyżur w ośrodku pod Moskwą

Pietrow pełnił służbę w ośrodku Serpuchow-15 pod Moskwą. Analizowano tam dane z systemu Oko, który za pomocą satelitów miał wykrywać starty rakiet mogących zagrozić Związkowi Radzieckiemu. Zadaniem oficera było ocenianie alarmów i przekazywanie informacji wojskowym przełożonym.

Stosunki między ZSRR a Stanami Zjednoczonymi były wówczas wyjątkowo napięte. Zaledwie 1 września radziecki myśliwiec zestrzelił południowokoreański samolot pasażerski KAL 007. Zginęło wszystkich 269 osób znajdujących się na pokładzie.

W takich okolicznościach wiadomość o starcie amerykańskich rakiet należało traktować niezwykle poważnie. System wczesnego ostrzegania miał zapewnić władzom czas potrzebny na ocenę zagrożenia. Równocześnie fałszywy alarm mógł doprowadzić do niebezpiecznych decyzji.

Pietrow nie był jednak człowiekiem posiadającym samodzielną władzę nad radzieckim arsenałem jądrowym. Pełnił dyżur w większym zespole, a jego meldunek stanowił jeden z etapów wojskowego obiegu informacji. Nie miał przycisku pozwalającego mu osobiście rozpocząć wojny.

Najpierw jeden start, potem kolejne

Według późniejszej relacji Pietrowa alarm pojawił się niedługo po północy. System najpierw wskazał start jednego pocisku ze Stanów Zjednoczonych, a następnie zgłaszał kolejne. Ostatecznie komputer informował o pięciu rakietach.

Na ekranie pojawiały się ostrzeżenia o bardzo wysokiej wiarygodności. Rozlegała się syrena, a podświetlone komunikaty wskazywały niebezpieczeństwo. Pietrow nie miał jednak niezależnego dowodu, że amerykańskie pociski rzeczywiście zostały wystrzelone.

Wątpliwości budziła przede wszystkim liczba rakiet. Oficer uważał, że gdyby Amerykanie zdecydowali się na pierwszy atak jądrowy, prawdopodobnie użyliby znacznie większej liczby pocisków. Nie miał też pełnego zaufania do stosunkowo nowego systemu ostrzegania.

Brakowało potwierdzeń z innych obserwacji, a później również z radarów naziemnych. Nie oznaczało to natychmiastowej pewności, ponieważ satelity i radary wykrywają pociski na różnych etapach ich lotu. Pietrow musiał oceniać sytuację, zanim wszystkie możliwe dane były dostępne.

Meldunek o awarii

W wywiadzie dla BBC z 2013 roku Pietrow wspominał, że zadzwonił do oficera dyżurnego w sztabie. Poinformował go o wadliwym działaniu systemu, zamiast przekazywać komputerowe ostrzeżenia jako pewną wiadomość o amerykańskim ataku.

Nie był całkowicie przekonany o słuszności własnej oceny. Jak później opowiadał, ulgę poczuł dopiero po kolejnych minutach, kiedy nic nie wskazywało na rzeczywiste uderzenie rakietowe. Przez pewien czas pozostawał w ogromnej niepewności.

Przyczynę błędnego alarmu wyjaśniono później niezwykłym układem satelity, Słońca i wysoko położonych chmur. Odbite światło system rozpoznał jako ślad startującego pocisku. Mechanizmy analizy danych nie odrzuciły fałszywego obrazu.

Ocena Pietrowa pomogła zapobiec przekazaniu błędnych wskazań jako potwierdzonego rozpoznania. Nie można jednak z całą pewnością powiedzieć, co zdecydowałyby najwyższe władze ZSRR, gdyby otrzymały inny meldunek.

Historia ujawniona po latach

Według wspomnień oficera po zdarzeniu zwrócono mu uwagę na nieprawidłowości w prowadzeniu dokumentacji dyżuru. Przez wiele lat nie opowiadał nawet najbliższym o szczegółach tej nocy. Jego rola stała się szerzej znana dopiero po rozpadzie Związku Radzieckiego.

W 2006 roku w siedzibie ONZ w Nowym Jorku otrzymał wyróżnienie od Association of World Citizens. Organizacja społeczna uhonorowała go za decyzję, która pomogła ograniczyć ryzyko katastrofalnej pomyłki.

Rosyjska misja przy ONZ przypominała wówczas, że użycie broni jądrowej wymagało potwierdzenia zagrożenia z więcej niż jednego źródła. Pietrow nie odwołał zatem wydanego już rozkazu ataku. Jego znaczenie polegało na właściwej ocenie sygnału na wcześniejszym etapie ostrzegania.

W 2013 roku otrzymał Nagrodę Drezdeńską, a w 2014 roku ukazał się dokument "The Man Who Saved the World". Pietrow zmarł 19 maja 2017 roku, ale światowe media dowiedziały się o jego śmierci dopiero we wrześniu.

Wybrane dla Ciebie