W drodze na Florydę
Maszyna zmierzała bezpośrednio do Orlando, gdzie lada dzień miała rozpocząć się prestiżowa, międzynarodowa konferencja medyczna. Właśnie ta okoliczność wyjaśniała tak nieprawdopodobne zagęszczenie lekarzy serca w jednej maszynie.
Emerytka podróżowała tymczasem na Florydę w sprawach czysto prywatnych, chcąc wziąć udział w zaplanowanym nad jeziorem Berkeley ślubie swojej córki Christine. Ta uroczystość absorbowała zresztą wszystkie jej myśli, stając się najważniejszym celem dalekiej wyprawy.
Gdzieś nad bezmiarem Atlantyku kobieta poczuła nagły, przejmujący ból w plecach. Chwilę później doszło paraliżujące uczucie ucisku w klatce piersiowej, które zaczęło szybko promieniować w stronę lewego ramienia. Gdy pojawiły się zimne poty oraz gwałtowne mdłości, stało się jasne, że sytuacja jest krytyczna.
Zaniepokojona stewardesa natychmiast chwyciła za pokładowy mikrofon i nadała rutynowy komunikat z pytaniem, czy wśród pasażerów znajduje się jakikolwiek lekarz. Odzew personelu medycznego przeszedł jednak najśmielsze oczekiwania załogi.
Z foteli w różnych rzędach błyskawicznie podniosło się piętnastu kardiologów, gotowych do podjęcia natychmiastowej akcji ratunkowej.
Reanimacja w powietrzu
Medycy bez zwłoki zażądali wydania pokładowej apteczki, sprawnie przygotowali kroplówki i przejęli całkowitą kontrolę nad funkcjami życiowymi pacjentki.
W pewnym krytycznym momencie tętno kobiety stało się niewyczuwalne, co wywołało zrozumiałą panikę u towarzyszących jej bliskich.
Doświadczonym specjalistom udało się jednak po nerwowej chwili przywrócić stabilną akcję serca, a kapitan samolotu podjął decyzję o natychmiastowym skróceniu lotu i awaryjnym lądowaniu na terenie Karoliny Północnej.
Po przyziemieniu Dorothy Fletcher trafiła prosto na oddział intensywnej terapii w szpitalu w Charlotte, gdzie spędziła dwie doby, a kolejne trzy dni pozostawała pod obserwacją na sali ogólnej. Towarzyszący jej w powietrzu wybawcy zniknęli ze szpitalnej izby przyjęć równie szybko, jak się w niej pojawili, spiesząc się na otwarcie swojego naukowego sympozjum.
Rodzina ostatecznie nie poznała nawet personaliów poszczególnych lekarzy, choć doskonale wiedziała, komu zawdzięcza to cudowne ocalenie.
W całej tej dramatycznej historii najbardziej zdumiewa jednak jej końcowy epilog. Starsza pani opuściła szpitalne mury na własne żądanie i dotarła na zaplanowaną uroczystość rodzinną dokładnie na czas.
Ślub Christine i jej wybranka Garetha odbył się zgodnie z planem w malowniczej scenerii Florydy, a wzruszona matka panny młodej oglądała ceremonię z pierwszego rzędu krzeseł. Siedziała tam ledwie tydzień po tym, jak jej serce dosłownie zamarło na kilkanaście sekund w trakcie lotu nad oceanem.