Porywali ludzi tabunami. Najbiedniejszych czekał koszmarny los

Rybak wypływał na połów, pasterz schodził ze stadem nad brzeg – i nieraz przepadał bez śladu. W XVI wieku korsarze zamienili wybrzeża Morza Śródziemnego w teren regularnych łowów na ludzi, a porwanych sprzedawano później na targach niewolników w Algierze. Bywało też, że jeńców przywożono z powrotem pod ich rodzinne wsie, by wymusić okup od najbliższych.

Jeńcy przewożeni do AlgieruJeńcy przewożeni do Algieru
Źródło zdjęć: © Domena publiczna

Okropny proceder

Ofiarą korsarzy padali przede wszystkim ci, którzy pracowali samotnie. Rybacy, pasterze wypasający stada nad morzem, chłopi zbierający plony czasem nawet kilka kilometrów w głąb lądu oraz żeglarze kursujący małymi statkami między wysepkami.

Po kilku dniach trafiali na targ niewolników w Algierze. Innych długo trzymano na pirackich okrętach, zmuszając do udziału w poszukiwaniu kolejnych łupów, a tych, którzy zachorowali, wyrzucano za burtę.

Szczególnym okrucieństwem było przywożenie jeńców z powrotem w rodzinne strony. Korsarze pojawiali się przy brzegu, wciągali na maszt białą flagę i pokazywali uprowadzonych ich krewnym, a pogrążone w bólu rodziny dostawały jeden dzień na zebranie okupu.

Wieśniacy pożyczali wtedy pieniądze od lichwiarzy pod zastaw ziemi lub łodzi, przez co popadali w długi. Gdy nie zebrali wystarczającej kwoty, tracili bliskich na zawsze.

Wojna dwóch światów

Ci, których porwano, nigdy nie zapominali tej chwili. Francuz du Chastelet wspominał wielkiego Maura z podwiniętymi rękawami i szablą w dłoni, którego widok odjął mu mowę.

Strach podsycały różnice religijne, bo obie cywilizacje, oddzielone wąskim pasem morza, kontaktowały się głównie poprzez przemoc i zemstę. W XVI wieku liczba niewolników pojmanych przez muzułmanów była nawet większa niż liczba czarnoskórych uprowadzonych z zachodniej Afryki. Niewolnictwo atlantyckie traktowano jednak jako czysty interes, podczas gdy tutaj jego skalę podsycała nienawiść wyznaniowa.

Najazdy miały podwójny cel, czyli zniszczenie infrastruktury Italii i Hiszpanii oraz podkopanie duchowych fundamentów życia wroga. Rabowanie grobów i profanowanie kościołów było działaniem przemyślanym. Włoski poeta Curzio Mattei ubolewał nad zrywaniem ze ścian świętych obrazów, a najbardziej bulwersowało go rozkopywanie mogił, po którym kości zmarłych przestały być bezpieczne pod ziemią nawet po latach.

Najwięcej szkód przynosili przy tym nie sami korsarze, lecz renegaci, czyli ludzie, którzy porzucili chrześcijaństwo i przeszli na islam. Znając miejscowe realia, doskonale nadawali się do najazdów na własne strony rodzinne.

Algier, czyli gorączka złota

Centrum procederu stał się Algier, chroniony potężnymi umocnieniami, o czym boleśnie przekonał się Karol V, którego wyprawa przeciw miastu w 1541 roku zakończyła się klęską. Ściągały tam tłumy wyznawców obu religii, podobnie jak później do Kalifornii w czasach gorączki złota. Przybywali awanturnicy, rabusie i wyrzutki z całego regionu, marzący, by dorównać majątkiem słynnemu Barbarossie.

Miasto po części przypominało hałaśliwy bazar, gdzie handluje się ludźmi i łupami, a po części obóz pracy. Tysiące niewolników gniło w ciemnych, cuchnących lochach przerobionych z dawnych łaźni, skąd zakutych w kajdany codziennie prowadzono do pracy.

Los zależał od zamożności, bo bogaci jeńcy, jak hiszpański pisarz Miguel de Cervantes, który w oczekiwaniu na okup spędził tam pięć lat, mieli znośniejsze warunki. Biedacy dźwigali kamienie, wydobywali sól i budowali umocnienia, a najgorszym losem było wiosłowanie na galerach aż do śmierci z choroby lub głodu.

Czcigodni rabusie

Byłoby uproszczeniem twierdzić, że proceder uprawiała tylko jedna strona. Braniem ludzi zajmowali się obaj przeciwnicy, a jeśli nawet muzułmanie w tym dominowali, chrześcijanie wcale nie byli lepsi. Okrutnymi handlarzami niewolników okazali się rycerze świętego Jana, czyli joannici, którzy zbudowali flotę uzbrojonych galer i grasowali po Morzu Egejskim.

O ich metodach świadczy wydarzenie z weneckiej wyspy Tinos, gdzie wyspiarze powitali rycerzy jak przyjaciół i chrześcijan. Gdy wszyscy poszli pracować w polu, joannici wymordowali nielicznych mężczyzn pozostałych w zamku, zajęli go, a kobiety i dzieci wzięli do niewoli.

Sprawcy szybko doczekali się kary, bo sami wpadli w ręce tureckich korsarzy i zostali straceni w Stambule. Handlem parał się zresztą niemal każdy chrześcijański pirat, a targi niewolników działały w Livorno i Neapolu.

Zdecydowanie więcej wiemy o losach chrześcijańskich jeńców, bo o muzułmańskich milczą niemal wszystkie źródła. Ciszę przerywają nieliczne relacje o osobistych tragediach. Od końca lat pięćdziesiątych XVI wieku do sułtana Sulejmana spływały prośby kobiety imieniem Huma, błagającej o wykupienie dzieci porwanych przez joannitów podczas pielgrzymki.

Dwie córki wywieziono do Francji, ochrzczono i wydano za mąż. Zdesperowana matka próbowała wręczyć petycję władcy, gdy ten jechał ulicami miasta, przez co stała się w Stambule postacią znaną. Dwadzieścia lat po porwaniu sułtan Murat III pisał, że dama imieniem Huma wciąż wsuwa petycje w strzemiona jego wierzchowca. Dzieci nigdy nie wróciły do domu.

Źródło

Niniejszy tekst stanowi fragment najnowszej książki Rogera Crowleya "Morskie imperia. Batalia o panowanie na Morzu Śródziemnym 1521-1580", która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis (Poznań 2026).

Okładka książki "Morskie imperia" (wyd. Rebis, Poznań 2026) © Licencjodawca

Książkę można zamówić, klikając ten link.

Wybrane dla Ciebie