Holandia nie zamierzała już walczyć
Zjednoczone Prowincje wkroczyły w 1795 rok jako państwo głęboko podzielone. Zwolennicy Wilhelma V Orańskiego ścierali się z patriotami, którzy popierali idee rewolucji francuskiej i liczyli na obalenie dotychczasowych władz.
Armia generała Charles’a Pichegru posuwała się na północ niemal bez przeszkód. 18 stycznia Wilhelm V uciekł do Wielkiej Brytanii, a wraz z jego wyjazdem rozpadł się system polityczny, którego miały bronić holenderskie wojska.
Trzy dni później kapitan Hermanus Reyntjes, dowodzący okrętami stojącymi w pobliżu Texel, otrzymał rozkaz, by nie podejmować walki z Francuzami. Polecenie wydały nowe władze, które pogodziły się już z przejęciem kraju przez zwolenników rewolucji.
Mróz unieruchomia okręty
Zima 1794 i 1795 roku należała do wyjątkowo surowych. Lód skuł wody wokół Nieuwediep i uwięził 14 holenderskich okrętów wojennych oraz kilka jednostek handlowych.
Załogi nie mogły wypłynąć ani ustawić jednostek do walki. Nawet gdyby marynarze chcieli stawić opór, nieruchome i przechylone przez lód okręty miały ograniczone możliwości użycia dział.
Pichegru nie chciał dopuścić, by flotę przejęli Brytyjczycy albo by Holendrzy zniszczyli ją przed kapitulacją. W stronę Den Helder wysłano więc oddział dowodzony przez Louisa Josepha Lahure’a.
Francuzi dowiedzieli się od mieszkańców, że lód jest wystarczająco gruby, by utrzymać ludzi i konie. Lahure postanowił podejść do okrętów przed świtem, zanim ich załogi zorientują się w sytuacji.
Huzar stanął przy burcie
Rankiem 23 stycznia francuscy żołnierze pojawili się na zamarzniętym akwenie. Według późniejszej relacji Lahure’a końskie kopyta owinięto materiałem, aby ograniczyć hałas podczas podejścia.
Część huzarów dotarła do "Admiraal Piet Heyn", na którym przebywał Reyntjes. Holenderscy świadkowie nie opisali jednak ani gwałtownej szarży, ani wymiany ognia.
Chirurg służący na okręcie "Snelheid" zapamiętał tylko francuskiego kawalerzystę stojącego przy burcie. Dziennik jednostki "Dolfijn" również potwierdza przybycie huzarów, ale nie wspomina o walce.
Reyntjes nie miał powodu, by otwierać ogień. Wiedział o ucieczce Wilhelma V i otrzymał jednoznaczne polecenie, by nie stawiać oporu.
Zamiast bitwy odbyły się rozmowy
Francuzi weszli na pokład i rozpoczęli negocjacje. Holendrzy zgodzili się pozostać na miejscu, zachować porządek na okrętach i wykonywać polecenia nowych władz.
Załogi nie zostały pokonane w klasycznym starciu. Flota podporządkowała się Francuzom bez walki, ponieważ dotychczasowe państwo przestało istnieć, a następcy Wilhelma V wybrali współpracę z rewolucyjną Francją.
Okręty nie przeszły natychmiast pod francuską banderę. Pozostały holenderskie, a kilka miesięcy później weszły w skład floty Republiki Batawskiej, sprzymierzonej z Paryżem.
Legenda okazała się lepsza od prawdy
Opowieść o kawalerii szarżującej z szablami na okręty pojawiła się w pełnej formie dopiero wiele lat później. W 1819 roku rozpowszechnił ją wojskowy teoretyk Antoine-Henri Jomini, który nie uczestniczył w wydarzeniach.
Jego wersję powtarzali kolejni autorzy, a francuscy malarze przedstawiali huzarów pędzących po lodzie ku bezbronnej flocie. Widowiskowa scena znacznie lepiej działała na wyobraźnię niż rozmowa oficerów na pokładzie.
Holenderski historyk Johannes Cornelis de Jonge dotarł później do rozkazów i relacji marynarzy. Na ich podstawie uznał, że pod Den Helder nie stoczono bitwy. Kilku kawalerzystów rzeczywiście podeszło po lodzie do okrętów, lecz ich załogi miały już zakaz prowadzenia walki.
Francuska kawaleria nie pokonała więc holenderskiej floty w szarży. Pomogła jedynie przejąć okręty należące do państwa, które rozpadło się, zanim huzarzy dotarli do ich burt.