Japońskie bomby w USA. Takie wyrządziły szkody

Pod koniec II wojny światowej Japonia wysłała nad Stany Zjednoczone tysiące balonów z bombami. Miały wywoływać pożary i strach na obszarach położonych tysiące kilometrów od frontu. Większość nie wyrządziła większych szkód. Jeden z niewybuchów doprowadził jednak do tragedii, w której zginęła ciężarna kobieta i pięcioro dzieci.

„Mózg” bomby„Mózg” bomby
Źródło zdjęć: © Domena publiczna | National Museum of the U.S. Navy

Japońskie bomby

Japonia rozpoczęła operację Fu-Go w listopadzie 1944 roku. Do wiosny następnego roku wypuszczono ponad 9 tys. wielkich balonów napełnionych wodorem i wyposażonych w bomby zapalające oraz odłamkowe.

Konstruktorzy wykorzystali prąd strumieniowy, czyli silne wiatry wiejące na dużej wysokości. Dzięki nim bezzałogowe balony mogły pokonać Pacyfik i dotrzeć nad Amerykę Północną.

Nie dało się jednak dokładnie określić, gdzie wylądują. Japończycy liczyli przede wszystkim na wywoływanie pożarów lasów oraz wzbudzenie niepokoju wśród mieszkańców zachodnich Stanów Zjednoczonych.

Specjalna konstrukcja

Lot przez ocean wymagał prostego, ale pomysłowego mechanizmu. Balony przenosiły worki z piaskiem, które służyły jako balast.

Kiedy konstrukcja traciła wysokość, mechanizm zrzucał jeden z worków. Lżejszy balon ponownie się unosił. Proces powtarzał się podczas wielogodzinnej podróży.

Po wykorzystaniu balastu pozostawały bomby, które miały spaść na terytorium Stanów Zjednoczonych.

Amerykańskie służby stosunkowo szybko zorientowały się, że odnajdywane fragmenty nie są przypadkowymi szczątkami. Analiza konstrukcji i piasku z worków balastowych pomogła ustalić, że balony przybywają z Japonii.

Amerykańskie gazety

Władze Stanów Zjednoczonych zdecydowały się na nietypową reakcję. Biuro Cenzury zwróciło się do redakcji, aby nie publikowały informacji o balonach i powodowanych przez nie szkodach.

Chodziło nie tylko o uniknięcie paniki. Amerykanie nie chcieli również dostarczać Japonii informacji o skuteczności nowej broni.

Strategia zadziałała. Brak doniesień prasowych utrudniał japońskiemu dowództwu ocenę, ile balonów rzeczywiście dotarło do celu i czy wywołały oczekiwane pożary.

Milczenie miało jednak drugą stronę. Zwykli mieszkańcy nie byli szeroko informowani o tym, jak niebezpieczne mogą być znalezione w lasach szczątki.

Tragedia w lesie

5 maja 1945 roku pastor Archie Mitchell pojechał w okolice miejscowości Bly w Oregonie razem ze swoją ciężarną żoną Elsie i pięciorgiem dzieci należących do grupy szkółki niedzielnej.

Mitchell pozostał przy samochodzie, a jego żona i dzieci poszły w stronę pobliskiego lasu. Tam natrafiły na pozostałości jednego z japońskich balonów.

Pastor wiedział już o zagrożeniu i próbował ich ostrzec. Nie zdążył.

Ładunek eksplodował. Elsie Mitchell oraz cała piątka dzieci zginęli.

Była to najbardziej tragiczna konsekwencja całej operacji Fu-Go. Po tym wydarzeniu amerykańskie władze zdecydowały się ostrzec społeczeństwo przed nieznanymi balonami i ich szczątkami.

Tysiące balonów

Fu-Go nie wywołało wielkiej fali pożarów ani paniki, na którą liczyło japońskie dowództwo. Broń była zbyt nieprecyzyjna, a wiele balonów spadało w odludnych miejscach albo nie powodowało większych szkód.

Sama idea była jednak niezwykła. Japonia zdołała wysłać przez Pacyfik tysiące bezzałogowych konstrukcji, które korzystając wyłącznie z wiatrów na dużej wysokości, docierały nad Amerykę Północną.

Wybrane dla Ciebie