Katastrofa statku wstrząsnęła Francją. Kapitan trafił do więzienia

„Tratwa Meduzy” Théodore’a Géricaulta, obraz z lat 1818–1819.„Tratwa Meduzy” Théodore’a Géricaulta, obraz z lat 1818–1819.
Źródło zdjęć: © Domena publiczna | Théodore Géricault, autor reprodukcji nieznany

Na ogromnym płótnie Théodore’a Géricaulta rozbitkowie rozpaczliwie wypatrują statku, który mógłby ich uratować. Scena z "Tratwy Meduzy" nie była jednak wytworem wyobraźni malarza. Przedstawiała dramat ludzi porzuconych na Atlantyku w 1816 roku po katastrofie francuskiej fregaty. Sprawa wstrząsnęła opinią publiczną i stała się politycznym skandalem, ponieważ dowódcą okrętu był człowiek zawdzięczający stanowisko odnowionej monarchii.

Fregata Meduza

W czerwcu 1816 roku fregata Meduza opuściła Rochefort i skierowała się ku wybrzeżom Afryki. Wiozła ludzi, którzy mieli uczestniczyć w ponownym przejęciu Senegalu przez Francję po wojnach napoleońskich.

Na pokładzie znajdował się m.in. nowy gubernator kolonii Julien-Désiré Schmaltz z rodziną, a także żołnierze, marynarze i cywile.

Dowództwo powierzono Hugues’owi Duroyowi de Chaumareys, rojaliście, który powrócił z emigracji. Od wielu lat nie prowadził regularnej służby na morzu, co później stało się jednym z najważniejszych zarzutów wobec jego nominacji.

2 lipca Meduza weszła na ławicę Arguin, niedaleko wybrzeży dzisiejszej Mauretanii. Próby uwolnienia fregaty nie przyniosły skutku i trzeba było rozpocząć ewakuację.

Szybko wyszło na jaw, że dostępne łodzie nie pomieszczą około czterystu osób znajdujących się na okręcie.

Zabrakło miejsca w łodziach

Z okrętowego drewna zbudowano ogromną, prowizoryczną tratwę. Umieszczono na niej około 150 ludzi, przede wszystkim żołnierzy i marynarzy, choć niektóre relacje podają liczbę 147. Konstrukcja była tak przeciążona, że znaczna jej część zanurzała się w wodzie.

Plan zakładał, że tratwę będą ciągnęły łodzie ratunkowe. W nich znaleźli się m.in. kapitan oraz gubernator z rodziną. W trakcie ewakuacji połączenie jednak zerwano i ludzie pozostawieni na prowizorycznej konstrukcji stracili jedyną realną szansę na dotarcie do brzegu.

To, w jakich dokładnie okolicznościach doszło do porzucenia tratwy, stało się później przedmiotem sporów. Relacje uczestników różniły się w szczegółach, ale sam skutek nie budził wątpliwości. Rozbitkowie zostali na otwartym morzu bez odpowiednich zapasów żywności i wody oraz bez możliwości samodzielnego kierowania ciężką konstrukcją.

Kilkanaście dni na wodzie

Już pierwsze dni przyniosły chaos i śmierć. Na tratwie dochodziło do brutalnych starć, a część ludzi zginęła lub znalazła się za burtą. Głód, pragnienie i wyczerpanie szybko pogarszały sytuację ocalałych.

W późniejszych świadectwach pojawiły się również opisy kanibalizmu. Rozbitkowie opowiadali o spożywaniu ciał zmarłych, kiedy zabrakło innych możliwości zdobycia pożywienia. Były to jedne z najbardziej wstrząsających szczegółów ujawnionych po katastrofie.

W połowie lipca tratwę odnalazł bryg Argus. Żyło na niej już tylko piętnastu ludzi, a część z nich zmarła później mimo udzielonej pomocy. Z około półtoraset osób umieszczonych na konstrukcji uratowała się zaledwie garstka.

Dwaj ocalali, chirurg Henri Savigny i inżynier Alexandre Corréard, opisali później przebieg tragedii. Ich relacja stała się ważnym świadectwem wydarzeń, ale zarazem oskarżeniem pod adresem dowództwa fregaty. To dzięki podobnym przekazom opinia publiczna poznała szczegóły pozostawienia ludzi na oceanie.

Afera szybko nabrała znaczenia politycznego. Przeciwnicy Burbonów wskazywali, że Chaumareys otrzymał stanowisko mimo wieloletniej przerwy w służbie morskiej. W 1817 roku kapitan stanął przed sądem wojennym, który skazał go na trzy lata więzienia.

Przedstawienie katastrofy

Théodore Géricault postanowił przedstawić katastrofę na wielkim płótnie. Nie ograniczył się do przeczytania doniesień prasowych. Rozmawiał z ocalałymi, przygotował model tratwy i badał wygląd ciał w szpitalach oraz kostnicach, aby możliwie przekonująco oddać śmierć i skrajne wyczerpanie.

Pracował nad obrazem w latach 1818–1819. Gotowe płótno miało niemal pięć metrów wysokości i ponad siedem metrów szerokości. Jego monumentalne rozmiary nadawały tragedii zwykłych żołnierzy i marynarzy rangę wydarzenia godnego malarstwa historycznego.

Artysta nie pokazał chwili wejścia fregaty na mieliznę ani momentu odpłynięcia łodzi. Wybrał scenę, w której rozbitkowie dostrzegają na horyzoncie statek i usiłują zwrócić jego uwagę. Jedni podnoszą się z wysiłkiem i machają fragmentem tkaniny, podczas gdy na pierwszym planie leżą martwe ciała.

Obraz zaprezentowano na paryskim Salonie w 1819 roku pod ogólnym tytułem "Scena rozbicia statku". Mimo tej nazwy odbiorcy mogli rozpoznać niedawną katastrofę, której okoliczności wciąż budziły emocje.

Francuskie państwo nie kupiło dzieła za życia malarza. Dopiero w 1824 roku, po śmierci Géricaulta, płótno trafiło do zbiorów królewskich. Od 1826 roku "Tratwa Meduzy" była wystawiana w Luwrze.

Wybrane dla Ciebie