Problem z cukrem
Zacznijmy od głównego "mordercy" zdrowych zębów, czyli od cukru. Współcześnie jest on tak tani, jak nie był jeszcze nigdy w historii, a większość tego, co widzimy na sklepowych półkach, to cukier buraczany.
Metodę przemysłowej rafinacji cukru z buraka opracowano dopiero pod koniec XVIII stulecia, a pierwsza cukrownia ruszyła na Śląsku w 1801 roku. Cukier zaczął tanieć, choć wciąż pozostawał dobrem luksusowym, o czym najlepiej świadczą XIX-wieczne cukiernice wyposażane w zamki, aby dzieci i służba nie podjadały słodkości.
Dzisiaj problem jest odwrócony, bo nie chodzi o niedobór, lecz o nadmiar. Statystyczny Polak zjada rocznie około 45 kilogramów cukru, który znajdziemy niemal we wszystkich produktach spożywczych, nie tylko w napojach i słodyczach. Przekłada się to bezpośrednio na kondycję naszego uzębienia.
Miód zamiast słodyczy
Jak zatem osładzano sobie życie przed erą buraka cukrowego? Znany od starożytności cukier trzcinowy pozostawał towarem luksusowym, a w średniowieczu jego ceny były tak wysokie, że handlarze cukrem tworzyli elitę kupiecką.
Na taki zakup pozwalała sobie jedynie niewielka część społeczeństwa, a i ona nie spożywała cukru codziennie. Sięgano po niego raczej od wielkiego dzwonu, przy okazjach, gdy wypadało zamanifestować swoją pozycję i bogactwo.
Najpopularniejszym źródłem słodkiego smaku pozostawał w Europie miód i to właśnie na nim opierały się przepisy na średniowieczne ciasta, lody oraz inne desery. Cukier nie stanowił więc wówczas istotnego zagrożenia dla zębów.
Higiena jamy ustnej
Nie oznacza to, że uzębienie naszych przodków było w idealnym stanie, bo zagrażał mu inny czynnik, czyli wysoka ścieralność. Podstawę pożywienia stanowiły potrawy mączne, takie jak chleb, kluski i kasze, a mąkę mielono na kamiennych żarnach, przez co nie brakowało w niej drobin piasku oraz innych zanieczyszczeń. Z tego powodu zęby w szczątkach odkrywanych na średniowiecznych cmentarzyskach są zazwyczaj bardzo mocno starte, a cecha ta bywa wykorzystywana przez badaczy przy szacowaniu wieku zmarłego.
Wbrew rozpowszechnionemu przekonaniu ludzie średniowiecza dbali o higienę jamy ustnej. Szczoteczka do zębów jest wprawdzie wynalazkiem stosunkowo nowym, bo jej masowa produkcja ruszyła dopiero pod koniec XIX wieku, lecz nie brakowało innych narzędzi.
Podstawowym była zwykła wykałaczka. W wersji najtańszej wystarczał zaostrzony patyczek, choć zamożniejsi chętnie podkreślali swój status ostentacyjnym używaniem złotej lub srebrnej wykałaczki noszonej w eleganckim futerale. Do usuwania resztek pożywienia stosowano również lniane lub jedwabne nitki, a zęby czyszczono lnianymi szmatkami maczanymi w paście albo proszku. Manuskrypty pozostawiły nam liczne receptury takich środków, w których wykorzystywano zwęglone gałązki rozmarynu wymieszane z pieprzem, sproszkowaną miętą oraz solą.
Dbano także o świeży oddech. Zalecano w tym celu płukanie ust winem lub octem z dodatkiem ziół, na przykład majeranku czy mięty, albo sproszkowanej kory cynamonowej. Można też było żuć nasiona kopru włoskiego lub gałązki pietruszki.
Robaki, drążące zęby
Średniowieczna medycyna wpadała oczywiście również w ślepe zaułki, a najbardziej charakterystycznym było przekonanie, że za ból zębów odpowiadają gnieżdżące się w nich robaki.
Trudno dziś ustalić, skąd wziął się ten pogląd, wiadomo natomiast, że utrzymywał się bardzo długo, a niemal wszystkie średniowieczne traktaty medyczne poruszające problematykę jamy ustnej zawierają wzmianki o robakach oraz metodach pozbywania się ich. Błędu tego nie ustrzegł się też świat muzułmański, uważany często za bardziej naukowy od chrześcijańskiego.
Gdy nic nie pomagało, pozostawało rozwiązanie ostateczne, czyli usunięcie zęba. Na tym polu przez stulecia zmieniło się zaskakująco niewiele, bo wciąż największe znaczenie mają proste obcęgi, pewna ręka oraz doświadczenie wyrywającego.
Most z ludzkich zębów
Znaczny postęp dokonał się natomiast w protetyce, choć w średniowieczu dla większości społeczeństwa utrata zęba oznaczała stratę nieodwracalną. Wyjątek stanowili ci, których stać było na najlepszych lekarzy.
Przykładem jest rodzina Guinigich z toskańskiej Lukki, która dorobiła się majątku na handlu i bankierstwie. W 2016 roku opublikowano wyniki badań archeologicznych w tamtejszym klasztorze franciszkanów, będącym miejscem pochówku wielu przedstawicieli rodu, a szczególne zainteresowanie wzbudziła jedna z czaszek.
Braki w uzębieniu zamaskowano w niej mostem zbudowanym z pięciu zębów, czyli kłów i siekaczy, pochodzących od innych ludzi. Nie wiadomo, czy pozyskano je od zmarłych, czy od żywych, którzy zdecydowali się je sprzedać. Zęby połączono metalowymi drucikami wykonanymi ze złota, srebra i miedzi.
Była to bez wątpienia bardzo kosztowna inwestycja. Skoro jednak zmarły nosił ją za życia i został w niej pochowany, można ostrożnie przypuszczać, że ten przodek współczesnych mostów rzeczywiście się sprawdzał. Zabytku nie udało się dotąd dokładnie wydatować, więc nie ma pewności, czy pochodzi ze średniowiecza, czy z epoki późniejszej. Nawet jeśli okaże się, że ma blisko 700 lat, trzeba pamiętać, że takie eksperymenty należały do rzadkości i pozostawały absolutnie poza zasięgiem przeciętnego człowieka.
Źródło
Niniejszy tekst stanowi fragment książki Anny Zielińskiej "Historyczne bzdury o średniowieczu" (Wydawnictwo Sploty, Gliwice 2026).
Książkę można zamówić pod tym linkiem.