Prawo, które stało po stronie nieślubnych dzieci
Mogłoby się wydawać, że alimenty i obowiązek utrzymania dziecka przez ojca to zdobycz XX wieku. Tymczasem już w XIX stuleciu kobiety, także te ze wsi, walczyły o to, by ojcowie odpowiadali za swoje czyny.
W Galicji, wchodzącej wówczas w skład monarchii austro-węgierskiej, podstawą takich spraw był austriacki kodeks cywilny z 1811 roku. Zapisano w nim wprost, że również dziecko nieślubne ma prawo żądać od rodziców stosownego do ich majątku utrzymania, wychowania i zaopatrzenia, a zobowiązany do tego jest przede wszystkim ojciec.
Formalnie stroną w procesie było dziecko, reprezentowane przez opiekuna prawnego, a nie jego matka. To ona jednak musiała wszcząć postępowanie i zeznawać, bo cała sprawa opierała się właściwie wyłącznie na wiarygodności jej słów.
Wysokość alimentów dostosowywano do stanu majątkowego ojca, a obowiązek płacenia kończył się zwykle wraz z ukończeniem przez dziecko 14 lat. Uzasadniano to prosto, bo dziecko wieśniaków, odbywszy obowiązek szkolny, potrafiło już samo na siebie zapracować.
Pozew samotnej gospodyni z Kaszowa
We wrześniu 1912 roku przed sądem w Liszkach pod Krakowem stanęła Cecylia, domagając się uznania Walentego z Kaszowa za ojca swojej nieślubnej córki Marianny. Dziewczynka przyszła na świat cztery miesiące wcześniej. Obie strony miały adwokatów, więc sprawa od początku zapowiadała się na poważną batalię.
Cecylia argumentowała, że Walenty wzbraniał się przed uznaniem ojcostwa, wobec czego wszystkie koszty utrzymania dziecka ponosiła sama. Mężczyzna zaprzeczył, jakoby kiedykolwiek utrzymywał z nią stosunki cielesne, i wskazał na innego mężczyznę, Grzegorza. Ten jednak pod przysięgą oświadczył, że nigdy nie miał z Cecylią kontaktów intymnych.
Sama zainteresowana zeznała, że we wrześniu 1911 roku Walenty często ją odwiedzał, a przez dwie kolejne niedziele u niej nocował. Twierdziła też, że obiecywał jej małżeństwo, a jego matka, traktując ją niemal jak przyszłą synową, pożyczyła od niej 300 koron na poczet przyszłego wesela. Zeznania te powtórzyła pod przysięgą.
Sąd uznał jej wersję za wiarygodną i orzekł, że Walenty jest ojcem dziecka. Przyznał alimenty w wysokości 8 koron miesięcznie do ukończenia przez dziewczynkę 6 lat, a następnie 12 koron aż do 14 roku życia. Sędzia podkreślił, że matka nie zażądała sum wygórowanych, lecz rozsądnych i dostosowanych do możliwości Walentego.
Adwokat, który zaatakował dobre imię
Walenty wniósł apelację, a jego sprawę przejął nowy pełnomocnik, doktor Emil Steinsberg, adwokat praktykujący w Krakowie. Przygotował pismo, które do dziś czyta się jak modelowy przykład obrony w takich procesach.
Steinsberg przedstawił swojego klienta jako chłopaka skromnego, lękliwego i uczciwego. Cecylię odmalował dokładnie odwrotnie, jako kobietę o złej sławie, która nie cieszy się we wsi poważaniem i ma skłonność do mijania się z prawdą. Przywołał przy tym jej wiejskie przezwisko, gońcula, mające oznaczać, że ugania się za chłopami.
Argumentował też, że skoro Cecylia ma już 29 lat, to niemożliwe, by w całym życiu odbyła zaledwie dwa stosunki i to z jednym mężczyzną. Wskazał również rozbieżność między pozwem, gdzie mowa była o jednym zbliżeniu, a jej zeznaniami na sali, gdzie mówiła o dwóch.
Do tego doszedł szereg świadków. Sąsiadka miała widzieć u Cecylii innego mężczyznę, a ciotka zeznała, że siostrzenica pytała ją o konsekwencje składania fałszywych zeznań. Steinsberg wymienił nazwiska trzech kolejnych mężczyzn z Kaszowa, a na koniec przywołał nawet słowa jej ojca, zmarłego dwa lata wcześniej.
Sam Walenty tłumaczył, że w domu Cecylii znalazł się przypadkiem, zaciągnięty tam po weselu przez jej krewnego, a ponieważ był pijany, zasnął na ławie. Przekonywał, że nigdy nie zostali sam na sam, więc nie mieli nawet warunków do zbliżenia.
Proces, który zamienił się w sąd nad kobietą
Strategia obrony miała głęboki sens procesowy. W sprawach o ustalenie ojcostwa ocena sądu opierała się głównie na zeznaniach kobiety, bo innych dowodów po prostu nie było. Atak na matkę dochodzącą praw dla dziecka znacząco zwiększał więc szanse na oddalenie pozwu. W rezultacie proces, który miał rozstrzygać o ojcostwie i pieniądzach, zamieniał się w publiczny sąd nad prywatnym życiem kobiety.
Warto spojrzeć na położenie Cecylii szerzej. Mieszkała sama, bez wsparcia rodziców, nigdy nie wyszła za mąż, a w wieku 29 lat uchodziła za starą pannę. Na wsi początku XX wieku oznaczało to zepchnięcie na margines wspólnoty, bez męskiego opiekuna i bez autorytetu, jaki dawało małżeństwo.
Co ciekawe, jej sytuacja materialna była jak na wiejskie warunki wyjątkowo dobra. Miała własny dom po ojcu, a stać ją też było na pożyczenie 300 koron, sumy odpowiadającej rocznym kosztom utrzymania ubogiej rodziny. Być może właśnie ta niezależność obróciła się przeciwko niej i dała pole do plotek.
Wyrok w imieniu Jego Cesarskiej Mości
Adwokat Cecylii przyjął strategię odwrotną. Ograniczył się do odparcia wyłącznie tych zarzutów, które mogły wpłynąć na rozstrzygnięcie o ojcostwie, i nie wdawał się w spory o reputację klientki.
W maju 1913 roku sąd orzekł w imieniu Jego Cesarskiej Mości, że to Walenty jest ojcem małej Marianny. Trzech sędziów nakazało mu zwrócić Cecylii koszty utrzymania dziecka od dnia narodzin oraz płacić zasądzone wcześniej kwoty. Nie przychylili się do argumentu, że są zbyt wysokie, uznając je za minimum egzystencji dla dziecka. Trudno się dziwić, skoro jedno jajko kosztowało wtedy 30 halerzy, 100 kilogramów ziemniaków 6 koron, a pięciokilogramowa paczka masła ponad 13 koron.
Próby osłabienia wiarygodności Cecylii okazały się bezskuteczne, zwłaszcza gdy Walenty przyznał, że przespał noc w jej domu po pijanemu. Dla sądu pozostało bez znaczenia, czy przebywały tam wówczas inne osoby, bo jak zaznaczyli sędziowie, obecność kogoś jeszcze, zwłaszcza nocą, nie wyklucza zbliżenia. Apelację oddalono.
Sprawa Cecylii pokazuje, że mimo mnożenia potencjalnych ojców i odwoływania się do rzekomej niemoralności, dla sędziów liczyła się przede wszystkim spójność zeznań kobiety. Uderza przy tym, że powódce wcale nie zależało na pieniądzach, skoro sąd apelacyjny uznał jej żądania za absolutne minimum, a jej własna sytuacja majątkowa była stabilna. Chodziło raczej o formalne uznanie ojcostwa, które dla dziecka z nieprawego łoża miało wagę nie tylko prawną, ale i społeczną. Kilka lat po zakończeniu procesu Cecylia wyszła za mąż.
Źródło
Niniejszy tekst stanowi fragment najnowszej książki Anety Godynii "Nieugięte. Jakie naprawdę były wiejskie kobiety" (Wydawnictwo Znak, Kraków 2026).
Książkę można zamówić, klikając ten link.