Niemowlęta zamarzały w wózkach. Tak wyglądał "marsz śmierci" z Breslau
W styczniu 1945 roku przez zaśnieżone drogi Dolnego Śląska przewinęła się fala ludzka, jakiej ten region nigdy wcześniej nie widział. Sześćset tysięcy uciekinierów – kobiet, dzieci, starców, rannych – rzuciło się do panicznej ucieczki przed nadciągającą Armią Czerwoną. Mróz sięgający minus 20 stopni zamieniał drogi w cmentarze, a niemowlęta zamarzały w wózkach pchanych przez własne matki.
Dlaczego doszło do ucieczki?
12 stycznia 1945 roku Armia Czerwona rozpoczęła ofensywę wiślańsko-odrzańską – jedną z najbardziej miażdżących operacji militarnych II wojny światowej. W ciągu zaledwie kilkunastu dni wojska radzieckie przebiły się przez niemieckie linie obronne i znalazły się u bram Śląska. Władze nazistowskie, które do ostatniej chwili zakazywały ewakuacji pod groźbą kary śmierci, nagle zmieniły zdanie i wydały rozkaz natychmiastowego opuszczenia regionu.
Decyzja przyszła zbyt późno. Mieszkańcy Wrocławia i okolicznych wsi musieli wyruszyć w drogę w środku najmroźniejszej zimy od lat, często bez odpowiedniego ekwipunku, transportu ani jasnego celu podróży.
Gauleiter Karl Hanke nakazał wyjść z miasta wszystkim kobietom i dzieciom – pieszo, w mróz, w kierunku Kątów Wrocławskich oddalonych o ponad 20 kilometrów. To właśnie ta trasa stała się znana jako "marsz śmierci".
Ucieczka ze Śląska – kto i jak uciekał
Gdy rozpoczął się trzeci tydzień stycznia 1945 roku blisko 600 tysięcy Niemców rzuciło się do ucieczki, której trasa prowadziła przez Śląsk na zachód. Byli wśród nich volksdeutsche z Rumunii, Ukrainy, krajów bałtyckich i Besarabii, którzy w 1939 roku "wrócili do Rzeszy", a następnie zostali wysłani do zasiedlenia podbitej Polski, oczywiście kosztem miejscowej ludności. Wśród uchodźców byli również mieszkańcy śląskich miast i wsi.
Uciekali bogaci chłopi z dobrze odżywionymi końmi i pięknymi furmankami, załadowanymi pierzynami, sprzętami domowymi, sianem i słomą. Uciekali i mniej zasobni rolnicy z małymi, wymizerowanymi konikami ciągnącymi wozy przykryte płóciennymi plandekami. W środku jechały ich rodziny, trzęsące się z zimna, chociaż leżały przykryte kocami i grubymi pierzynami.
Chłopi szli obok swych wozów z zamarzniętymi brwiami i brodami, a prowadzone przez nich konie pokrywał szron grubości palca. Byli tam chorzy i ranni z wrocławskich szpitali, kuśtykający po wiejskich drogach, czepiający się jadących obok wozów i podpierani przez innych chorych.
Ciągnęły także długie kolumny radzieckich jeńców wojennych w asyście uzbrojonej eskorty. W swoich niedopasowanych wypłowiałych niebieskoszarych pasiakach obozowych szli, powłócząc nogami, z rękami w kieszeniach. Niektórzy ciągnęli również sanki z chorymi.
Dramatyczne sceny na drogach
Policjanci zatrzymywali pojazdy wojskowe i prosili ich pasażerów o zabranie kobiet i dzieci. Matki zaklinały żołnierzy: "Zabierz je, zabierz moje dziecko". Dzieci płakały, żony rolników błagały każdego napotkanego, żeby udzielił schronienia na noc ich dzieciom i koniom. Wyczerpane, przemarznięte zwierzęta ledwo powłóczyły nogami, wlokąc za sobą ciężko obładowane wozy. Niemowlęta kwiliły. Jakaś dziewczynka spytała swoją matkę: "Mutti, daleko jeszcze?". Jeśli ktoś przewrócił się na drodze, był po prostu tratowany przez tłum, zadeptywany przez ludzi i rozjeżdżany kołami wozów.
W tym ścisku matki często gubiły swoje potomstwo. Kobiety pchały przed sobą wózki dziecięce i były zachwycone, gdy ich maleństwa w końcu ucichły, nie wiedziały jednak, że zamarzły na śmierć, mimo wszystkich poduszek i koców, jakimi były przykryte.
Fritz Neugebauer spojrzał w wózek pchany przez jakąś młodą kobietę z Trzebnicy. "Proszę pani, pani dziecko ma całkiem sine usta. Może zamarznąć na śmierć" – ostrzegł ją. "Mój Boże, nic na to nie poradzę" – westchnęła. Neugebauer dotknął dziecka. Nie ruszało się.
Cmentarz pod gołym niebem
W Parku Południowym już pierwszego dnia ewakuacji pojawiło się ponad pięćdziesiąt dziecięcych mogił. Wiele kolejnych wyrosło na wiejskich drogach za miastem. Rowy przy drodze prowadzącej do Legnicy były pełne zamarzniętych niemowląt, jak również porzuconych walizek, pierzyn i ubrań, a na rynku w Środzie Śląskiej ułożono na słomie czterdzieści zwłok małych dzieci.
W większości przypadków jednak zmarłych po prostu pozostawiano na poboczach dróg. Nie było ani czasu, ani środków, żeby ich pochować. Ich ojcowie walczący na froncie nie mieli pojęcia, że za kocyk służy im już jedynie warstwa śniegu. "Nikt nie zamykał im oczu" – wspominała Lucia Kusche pracująca jako nauczycielka w szkole średniej. Czasami zwłoki przykrywano kawałkiem papieru, ale zdaniem Kusche "to było tak plugawe, że jeszcze bardziej tragiczne".
Mieszkańcy Breslau nadali temu exodusowi mrożącą krew w żyłach nazwę: "marsz śmierci do Kątów Wrocławskich". Spośród 60 tysięcy osób, które odpowiedziały na wezwanie do ewakuacji, prawdopodobnie około 18 tysięcy zmarło. Jednak to nie liczby, lecz tragiczne losy poszczególnych osób oddają grozę tej ucieczki.
Piekło na wrocławskich dworcach
W tym samym czasie na wrocławskich dworcach kolejowych – na Dworcu Głównym i zwłaszcza na Dworcu Świebodzkim – rozgrywały się nie mniej rozdzierające sceny. Ludzie, chcąc ocalić swoją skórę, porzucali ostatnie resztki dobytku.
Walały się tam całe stosy pierzyn, wózków dziecięcych i ręcznych oraz walizek wypełnionych rzeczami osobistymi. Matki obładowane licznymi bagażami w tłoku często gubiły swoje dzieci. Personel dworca próbował wywoływać nazwiska zaginionych ponad panującym tam zgiełkiem. Czasami udawało się je odnaleźć, jednak znacznie częściej te starania kończyły się fiaskiem.
Ciężarne kobiety rodziły przedwcześnie z przestrachu i podniecenia wywołanego ucieczką. W przepychankach przy wejściach do wagonów na Dworcu Głównym zaduszono na śmierć lub zadeptano od sześćdziesięciorga do siedemdziesięciorga dzieci.
Lena Aschner zauważyła jakąś kobietę, która zwinęła się w kłębek w kącie dworca. Stało przed nią dwoje dzieci. Zapłakane głaskały matkę po twarzy i po rękach. Drżały z zimna po spędzeniu czterech dni na drodze, nie wiedziały, gdzie są, a teraz ich matka zachorowała. Toczyła pianę ze zsiniałych, bezkrwistych ust, a jej głowa gwałtownie opadała w dół, uderzając o ścianę.
Aschner zabrała ją do domu swojej sąsiadki, żeby się ogrzała, a dzieci mogły coś zjeść. Następnego dnia, gdy kobieta doszła do siebie, zabrała tę rodzinę na Dworzec Świebodzki i wsadziła do pociągu. Nikt nie wiedział, dokąd jadą. Gdy pociąg ruszył, kobieta krzyknęła przez okno: "Cieszę się, że mogę się wyrwać z tego piekła!".
Podróż w nieznane
To, co Ursel Dittman zastała na peronie towarowym, uznała za "prawdziwy miszmasz człowieczeństwa".
Ta dwudziestodziewięciolatka spakowała dwie walizy: w jednej miała jedzenie, w tym gęś, którą jej rodzina dostała w charakterze zapłaty za pobyt w ich hotelu, a w drugiej – dokumenty i papiery oraz trochę pościeli i bielizny. Jej matka włożyła czarne karakuły, a Ursel – płaszcz z psiego futra imitujący brązowe norki. Pod spodem dla ochrony przed zimnem miały na sobie żakiety i swetry.
Na dworcu były także matki z noworodkami i kilkutygodniowymi niemowlętami. Obok nich kuśtykali o kulach pacjenci szpitali, niektórzy z połamanymi kończynami, część z nich prawie majaczyła. Na peron wtoczył się pociąg szpitalny i panie Dittman zajęły pierwsze z brzegu miejsca, obok dwóch dam w średnim wieku. Starsza z nich sprawiała wrażenie, jakby już postradała zmysły.
Pociąg stał na dworcu kilka godzin, zanim w końcu ruszył. Położenie słońca wskazywało niespokojnym pasażerom, że jadą na zachód. Czasami pociąg sunął tak wolno, że w panujących wokół ciemnościach ludzie myśleli, iż stanął, i wysiadali. Zrobiła tak między innymi wspomniana oszalała staruszka.
Propaganda kontra rzeczywistość
Oczywiście reszta Rzeszy nie miała się dowiedzieć o tym, jak wyglądała masowa ucieczka ludności ze stolicy Śląska. "Jeśli uważacie, że w Breslau panuje nastrój katastrofy lub paniki, to rozejrzyjcie się dookoła" – zapewniał swoich czytelników "Völkischer Beobachter". – "W ciągu trzech dni Breslau ewakuował wiele tysięcy ludzi – wyłącznie kobiet i dzieci – i jest to osiągnięcie, z którego partia i władze, jak również Reichsbahn i zastępca nadprezydenta prowincji do spraw komunikacji mogą być dumni".
Jednocześnie państwowe radio nadawało audycje, w których była mowa o tym, jak "kobiety i dzieci maszerowały w kolumnach w kierunku bezpiecznego schronienia".
Tego już było za wiele dla pewnego wrocławianina, który natychmiast wysłał list do radia – oczywiście anonimowo. "Właśnie wysłuchaliśmy doniesień ze Śląska i z Breslau" – pisał. – "I już dawno nie słyszeliśmy takiego przeklętego steku kłamstw".
Źródło
Niniejszy tekst stanowi fragment książki Richarda Hargreavesa "Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945", wydanej nakładem wydawnictwa Rebis (Poznań 2026). Książkę można zamówić, klikając ten link.