Okręty podwodne Hitlera. Dlaczego tak wiele z nich zatonęło?
Okręty podwodne Hitlera. Dlaczego tak wiele z nich zatonęło?
Blisko pięćdziesiąt niemieckich okrętów podwodnych wciąż figuruje jako zaginione. Nie wiadomo, gdzie spoczywają ich wraki. Podczas II wojny światowej Niemcy stracili około 70 proc. swoich U-Bootów, ale nie wszystkie zatonęły w walce. Jedne trafiały na własne miny, inne ginęły po zderzeniach podczas ćwiczeń w Zatoce Gdańskiej. Kilka przewieziono na przyczepach przez góry, by mogły walczyć na Morzu Czarnym. Jak potoczyły się losy tych okrętów i dlaczego części z nich do dziś nie odnaleziono?
Podczas II wojny światowej Niemcy straciły 785 okrętów podwodnych. Większość z nich udało się z czasem zidentyfikować, lecz około pięćdziesięciu wciąż figuruje na liście zaginionych. Nie wiadomo, gdzie spoczywają, ani co dokładnie stało się z ich załogami.
To właśnie ta niewiadoma przyciąga nurków głębinowych i łowców wraków. Co jakiś czas udaje się odnaleźć obrośnięty skorupiakami kadłub, a każde takie odkrycie rodzi to samo pytanie o ostatnie chwile ludzi uwięzionych w środku.
Dobrym przykładem jest U-455, z którym ostatni kontakt nawiązano 5 kwietnia 1944 roku u wybrzeży Korsyki. Jego wrak włoscy nurkowie odnaleźli dopiero w 2005 roku na dużej głębokości kilka kilometrów od Camogli, na zachód od Genui.
Położenie szczątków sugeruje, że okręt wracał do bazy w La Spezii i wszedł na niemieckie pole minowe chroniące włoską Riwierę. Stąd wzięła się ponura hipoteza, że dowódcy U-Bootów dostawali mapy alianckich zagród minowych, lecz już nie tych postawionych przez własną stronę.
Podwodniacy w Kriegsmarine
Podwodniacy tworzyli w Kriegsmarine grupę wyjątkową i doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Przechodzili dłuższe szkolenia, dostawali wyższy żołd i dłuższe urlopy, a do tego osobne dodatki, w tym za przebywanie w ciasnej przestrzeni oraz za każdą godzinę spędzoną pod wodą.
Kandydatów poddawano rygorystycznym testom psychologicznym. Sprawdzano ich poczucie porządku, umiejętność pracy w zespole, odporność na długotrwały brak wygód oraz reakcję na nagłe alarmy. Najwyższym szacunkiem cieszył się kapitan, od którego zależało życie całej załogi, a także lekarz okrętowy dbający zwłaszcza o kondycję psychiczną marynarzy.
Na marynarzy floty nawodnej patrzyli z góry, a urzędników z berlińskiego dowództwa wręcz nienawidzili, nazywając ich pogardliwie pierdzącymi w stołki. Podobno nic ich tak nie irytowało jak depesza z życzeniami szczęśliwej podróży, wysyłana w chwili wyjścia w morze.
Za tą pewnością siebie krył się jednak nieustanny strach przed utonięciem albo powolnym uduszeniem w kadłubie leżącym na dnie. Nie był on bezpodstawny, bo do końca wojny zginęło ponad 70 procent z 41 tysięcy niemieckich podwodniaków.
Wilcze stada i gwałtowny zwrot
Najliczniejszym i najskuteczniejszym okrętem był typ VIIC, zbudowany w 568 egzemplarzach. Mierzył 66,5 metra, zabierał 14 torped i od 48 do 60 ludzi, a na powierzchni rozwijał prędkość blisko 33 kilometrów na godzinę. Początkowo polował samotnie, później w wilczych stadach atakujących alianckie konwoje.
W latach 1940 do 1943 okręty podwodne co miesiąc posyłały na dno statki o łącznej pojemności ponad 600 tysięcy BRT, a Berlin wierzył, że Wielka Brytania lada chwila skapituluje.
W połowie 1943 roku sytuacja odwróciła się jednak radykalnie. Alianci złamali szyfr Enigmy, udoskonalili sonar, wprowadzili samoloty patrolowe dalekiego zasięgu i przydzielili konwojom silną eskortę. Od tego momentu załogi myślały głównie o przetrwaniu.
Cmentarzysko w Zatoce Gdańskiej
Zupełnie inną historię pisał Bałtyk. W Gdańsku, Szczecinie i Elblągu budowano U-Booty, a w Gdyni i Piławie działały filie wydziału szkoleniowego, gdzie przyszłe załogi uczyły się rzemiosła.
Tutaj okręty ginęły nie od bomb nieprzyjaciela, lecz w wypadkach, i to z zatrważającą regularnością. Między listopadem 1941 a wiosną 1945 roku w rejonie Zatoki Gdańskiej, Słupska i Koszalina poszło na dno blisko dwadzieścia jednostek. Najczęściej zderzały się ze sobą albo z okrętami będącymi celem ćwiczeń, inne tonęły przy zanurzaniu lub wchodziły na miny.
U-416 zatonął nawet dwukrotnie, bo po wydobyciu poszedł na dno ponownie po kolizji z trałowcem. Do dziś nie wiadomo, czy winne były lekkomyślność, słabe wyszkolenie, czy może sznaps.
Nad Morzem Czarnym
Najbardziej niezwykłą przygodę przeżyła jednak flotylla wysłana na Morze Czarne, gdzie Niemcy chcieli przerwać dostawy do sowieckich portów. Drogę morską blokował Gibraltar, a neutralna Turcja nie przepuściłaby okrętów przez Bosfor niezauważenie, więc wybrano trasę lądową.
Nadawały się do tego jedynie przedwojenne okręty typu IIB, zwane przez marynarzy dłubankami, które mierzyły niecałe 35 metrów. Wyposażenie zapakowano do skrzyń, a puste kadłuby wysłano barkami do Drezna.
Stamtąd wielokołowe przyczepy pokonały 400 kilometrów górskich dróg do Ingolstadt nad Dunajem, skąd okręty spłynęły rzeką przez Austrię, Węgry i Rumunię. Łącznie w ten sposób przetransportowano sześć okrętów, które złożono w stoczni w Gałaczu.
Operując z Konstancy, flotylla zatopiła 26 statków o łącznej pojemności ponad 45 tysięcy BRT, a sam U-20 posłał na dno 15 jednostek, nie tracąc przy tym ani jednego człowieka. Pod koniec sierpnia 1944 roku Rumunia zmieniła jednak strony. Trzy okręty zatopiono lub utracono w Konstancy, a trzy ostatnie załogi same zatopiły u tureckich wybrzeży i dopłynęły do brzegu łodziami.
Pół wieku później turecki saper Selçuk Kolay zauważył podczas rozminowywania dna dziwne odczyty sonaru. Wracał w to miejsce przez czternaście lat, aż w 2008 roku odnalazł doskonale zachowany wrak U-20, a wkrótce potem także U-19 i U-23. Z listy zaginionych można było wykreślić kolejne trzy nazwy.
Źródło
Niniejszy tekst stanowi fragment najnowszej książki Normana Daviesa "Historiomachia. Bitwy o historię" (Wydawnictwo Znak, Kraków 2026).