Zamojszczyzna w planach Globocnika
Jesienią 1942 roku rozpoczęła się akcja wysiedleńcza nadzorowana przez Odilo Globocnika. Zakładano usunięcie z Zamojszczyzny około 100 tys. Polaków, a ich gospodarstwa mieli zająć niemieccy osadnicy sprowadzani między innymi ze Słowenii, Lotaryngii i Besarabii. Region miał stać się obszarem realizacji niemieckiej polityki osadniczej na wschodzie.
Pierwsze masowe wysiedlenia przeprowadzono w nocy z 27 na 28 listopada 1942 roku. Do końca grudnia objęły 60 wsi i około 34 tys. mieszkańców. Od stycznia do marca 1943 roku akcję rozszerzono na kolejne 63 miejscowości, głównie w powiecie hrubieszowskim.
Mieszkańcy Zamojszczyzny stawiali opór. Oddziały Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich i Gwardii Ludowej atakowały niemieckie ekspedycje, podpalały obiekty gospodarcze i prowadziły akcje sabotażowe na liniach komunikacyjnych.
Działania partyzantów, a także pogarszająca się sytuacja Niemców na froncie wschodnim sprawiły, że akcję wysiedleńczą czasowo wstrzymano.
Prowokacja przed pacyfikacją
Mieszkańcy Soch pomagali partyzantom, między innymi dostarczając im żywność i informacje. Dla Niemców stało się to podstawą do represji.
W połowie maja 1943 roku w okolicy pojawiła się grupa 12 konfidentów Gestapo, którzy podawali się za partyzantów. Tak zwana grupa Langego działała w trzyosobowych zespołach. Jej członkowie wypytywali mieszkańców o struktury Armii Krajowej i źródła, z których partyzanci zdobywali broń.
Mieszkańcy szybko zaczęli podejrzewać, kim naprawdę są przybysze. Partyzanci próbowali schwytać jedną z trójek, lecz konfidentom udało się uciec do Józefowa. Tam doszło do walki. Zginął Lange, szef żandarmów z Zamościa, a ranny żandarm dotarł do Niemców i przekazał im informacje o zajściu.
Niemcy zwerbowali również chłopaka z Soch i wykorzystali go do ustalenia, skąd partyzanci zdobywają broń. Prowokatorom udało się kupić od ludzi związanych z konspiracją ręczny karabin maszynowy, amunicję, dwa pistolety i trzy lornetki.
Świt 1 czerwca
Około godziny 5 rano do Soch wkroczyła ekspedycja złożona z policjantów z Zamościa, esesmanów, żołnierzy Wehrmachtu i ukraińskich kolaborantów.
Wieś otoczono kordonem rozstawionym na zalesionych zboczach doliny, zamykając mieszkańcom drogi ucieczki. Jeszcze przed wejściem żołnierzy do zabudowań zaczęto używać pocisków zapalających, od których zajmowały się budynki.
Część mieszkańców była przekonana, że Niemcy przyjechali przeprowadzić kolejne wysiedlenie, dlatego zaczęła wynosić dobytek przed domy. Inni próbowali uciekać w pola. Otoczenie wsi znacznie ograniczało jednak możliwość wydostania się z Soch.
W domach i gospodarstwach rozpoczęły się egzekucje. Zabijano ludzi bez względu na wiek i płeć. Budynki podpalano również wtedy, gdy znajdowali się w nich ranni. W relacjach świadków pojawiają się także opisy wrzucania ludzi żywcem do ognia. W niektórych domach ginęły całe rodziny.
Samoloty nad płonącą wsią
Około godziny 8 policja wycofała się z Soch. Ci, którzy przeżyli pierwszą fazę pacyfikacji, zaczęli wychodzić z piwnic i kryjówek w polach.
Wkrótce nad doliną pojawiło się od siedmiu do dziesięciu samolotów. Zaczęły bombardować pozostałe zabudowania i ostrzeliwać pola, gdzie ukrywali się mieszkańcy, którzy wcześniej uciekli ze wsi.
W nalocie zginęło kolejnych kilkanaście osób, które przeżyły poranną masakrę. Był to pierwszy znany przypadek wykorzystania lotnictwa do pacyfikacji polskiej wsi na okupowanych ziemiach.
W Sochach zginęło co najmniej 181 osób. W zależności od źródła pojawiają się również liczby 182, 183, a nawet około 200 ofiar. Jedno z zestawień podaje, że wśród zabitych było 106 mężczyzn, 53 kobiety i 24 dzieci. Rejestr zbrodni wymienia z nazwiska 159 osób.
Śmierć poniosła blisko połowa mieszkańców wsi. Z całej zabudowy ocalały jedynie trzy domy mieszkalne i dwie stodoły.