Zamach na Koppego. Tak AK dopadło kata Krakowa

Wilhelm Koppe, zastępca Hansa Franka, znalazł się na celowniku batalionu "Parasol" w lipcu 1944 roku. W Krakowie wymknął się z zasadzki, lecz żołnierzy AK czekał jeszcze odwrót, podczas którego ponieśli ciężkie straty.

Wilhelm Koppe i Arthur Greiser w Poznaniu (1939)Wilhelm Koppe i Arthur Greiser w Poznaniu (1939)
Źródło zdjęć: © Domena publiczna

Przygotowania do zamachu na Koppego

Koppe odpowiadał za terror w Krakowie, a wcześniej zajmował się wypędzaniem Żydów z Poznania i nadzorował mordowanie osób chorych oraz niepełnosprawnych.

Polskie Państwo Podziemne wydało na niego wyrok śmierci. Wykonanie zadania powierzyło żołnierzom "Parasola".

Przygotowania trwały miesiącami. Samochody, broń, amunicję, podrobione dokumenty, ubrania i żywność przewożono do Krakowa osobno. Dwa wyznaczone terminy zamachu odwołano, ponieważ Koppe zmieniał trasę między mieszkaniem a biurem.

Zasadzka miała stanąć na placu Kossaka, gdzie kilka samochodów powinno zablokować mercedesa Koppego. Łączniczki obserwujące trasę przekazywały sygnały o jego zbliżaniu się. Niemiecki dygnitarz nie korzystał ze stałej obstawy.

Zasadzka na placu Kossaka

Żołnierze spodziewali się większego konwoju, tymczasem nadjechał tylko mercedes z kierowcą i adiutantem. "Otwocki" nie usłyszał oczekiwanych strzałów i zareagował z opóźnieniem. Kierowca nie zatrzymał się przed ciężarówką blokującą drogę, lecz wjechał na trawnik i ją ominął.

Koppe położył się na podłodze auta, a jego adiutant, hauptmann Felix Hoheisel, strzelał do biegnących za pojazdem akowców. Hoheisel został trafiony i zmarł trzy dni później w szpitalu. Pościg samochodowy nie doprowadził do zatrzymania mercedesa.

Dokumenty AK nie są zgodne co do obrażeń Koppego. Jedne mówią o braku ran, inne o ciężkim zranieniu lub nawet śmierci. Wiadomo, że zamach przeżył, najpewniej bez obrażeń, choć kierowcę mogła drasnąć kula.

Odwrót "Parasola" przez Wolbrom i Udórz

Wycofujący się akowcy mijali granatowych policjantów i niemieckich żołnierzy, którzy najprawdopodobniej jeszcze nie wiedzieli o zamachu. Początkowo nikt ich nie zatrzymał, lecz pod Wolbromiem starli się z żandarmerią. Rozbili przeciwników i ruszyli dalej.

Oddział obrał kierunek na Warszawę, choć w Krakowie działała konspiracyjna sieć lokali i kontaktów, z której nie skorzystano. Pod Udorzem żołnierze czekali na przewodnika do oddziału partyzanckiego, ale wcześniej dotarł do nich niemiecki pościg. Mieli głównie broń krótką, podczas gdy przeciwnik dysponował karabinami maszynowymi.

W walce zginął "Ali". Ciężko ranny "Orlik" prawdopodobnie odebrał sobie życie, by uniknąć schwytania, a dowodzenie po rannym "Rafale" przejął "Jeremi". Ranna "Zeta" osłaniała odwrót pozostałych żołnierzy.

Czterech rannych udało się ukryć i przewieźć do Warszawy. "Storch", "Warski" i "Zeta" zostali schwytani osobno, trafili do więzienia przy Montelupich i tam ich zamordowano.

Wilhelm Koppe po wojnie

Koppe przeżył wojnę. Choć akcja nie zakończyła się jego likwidacją, w sztabach uznano ją za sukces psychologiczny. Pokazała, że także niemiecki dygnitarz dojeżdżający do biura bez obstawy mógł stać się celem podziemia.

Po wojnie Koppe zamieszkał w Republice Federalnej Niemiec. W latach 60. prokuratura zarzuciła mu współudział w śmierci około 150 tysięcy osób, ale wyszedł z aresztu za kaucją. Do procesu nie doszło, oficjalnie ze względu na jego stan zdrowia.

Polskie starania o ekstradycję także nie przyniosły skutku. Koppe zmarł bez wyroku za zarzucane mu zbrodnie. Żołnierze "Parasola", którzy nie wrócili z akcji, spoczęli w bezimiennych grobach albo nie mają grobów wcale.

Wybrane dla Ciebie