Pluskwy, pijackie wrzaski i ryk lwów. Tak spali gladiatorzy

Ryki bestii niosły się nocą spod Koloseum, a gladiatorzy leżeli w koszarach i wiedzieli, że rano mogą stanąć z nimi do walki. O spokojnym śnie nie było mowy: po bruku dudniły wozy, pod oknami wrzeszczeli pijani biesiadnicy, a w siennikach roiły się pluskwy. Najgorsza była jednak świadomość tego, co czekało o świcie. Dla części z nich ta noc mogła być ostatnią.

Ave Caesar, morituri te salutant (mal. J.L. Gérôme, 1859)Ave Caesar, morituri te salutant (mal. J.L. Gérôme, 1859)
Źródło zdjęć: © Domena publiczna

Miasto, które nie zasypiało

Bezsenność nie była w starożytnym Rzymie niczym niezwykłym. Wykształceni mieszkańcy miasta znali ze szkolnej ławy wersy Homera o tym, że "spali już bogowie i ziemscy rycerze, a jedynie Zeusa słodki sen nie bierze".

Problemy ze snem nie dotyczyły jednak tylko bohaterów poezji. Rzymianie doświadczali ich na własnej skórze.

Zwabić sen do łoża było trudno, za to mniej miłych towarzyszy z pewnością nie brakowało. Pluskwy były prawdziwą plagą. Próbowano z nimi walczyć na różne sposoby, między innymi smarując nogi łóżek octem i wołową żółcią. W przypadku gladiatorów pozostaje zresztą pytanie, czy w ogóle spali oni w łóżkach, czy raczej na prostych siennikach.

Najprawdopodobniej wygodne posłania w szkołach gladiatorskich nie były mile widziane. Wiązało się to z przekonaniem, które wyraził między innymi Seneka: nadmierne wygody miały sprawiać, że żołnierze bardziej przywiązywali się do życia i zaczynali obawiać się śmierci. Ludziom, którzy następnego dnia mieli walczyć o przetrwanie, komfort uważano więc wręcz za niewskazany.

Hałas, przed którym nie było ucieczki

Największą przeszkodą w spokojnym śnie pozostawał jednak hałas. Gwar był codziennością wszystkich dużych miast starożytnego świata, ale Rzym, największa metropolia epoki, wyróżniał się nawet na ich tle.

Po zmroku ulicami niosło się ujadanie psów, śmiechy, wrzaski i śpiew pijanych biesiadników. Problem dotykał mieszkańców niezależnie od ich pozycji społecznej. Nawet przedstawiciele elity, tacy jak Cyceron, narzekali na nocne hałasy i chrapiących sąsiadów.

Sytuację dodatkowo pogarszały przepisy wprowadzone za Juliusza Cezara. Ruch wozów po Rzymie został w ciągu dnia poważnie ograniczony, więc ogromna część transportu przeniosła się na godziny wieczorne i nocne. Gdy mieszkańcy próbowali zasnąć, po ulicach dudniły koła wozów, zgrzytały osie, rżały zwierzęta, krzyczeli woźnice i trzaskały bicze.

Właśnie wtedy dostarczano do miasta żywność i materiały budowlane. Nocą wywożono również ziemię, nieczystości oraz ciała tych zmarłych, których nie odebrały rodziny albo których bliskich nie było stać na bardziej uroczysty pochówek.

Czasami ciemne ulice wypełniało też żałobne zawodzenie, ponieważ nocą odbywały się między innymi pogrzeby dzieci. Wiele zależało od dzielnicy. Młynarze pracowali przez całą noc, piekarze rozpoczynali pracę jeszcze przed świtem, a na nabrzeżach Tybru rozładowywano statki także po ciemku.

Bary otwarte do rana

Nocny Rzym żył własnym rytmem. Łaźnie zazwyczaj zamykano wieczorem, a ponownie otwierano o świcie. Wiadomo jednak, że w prowincjonalnej Vipasce, osadzie położonej na terenie dzisiejszej Portugalii, działały one do drugiej godziny nocy.

"Historia Augusta" podaje wprawdzie, że cesarz Aleksander Sewer (222-235) miał rozdawać oliwę, aby można było oświetlać rzymskie łaźnie przez całą noc, natomiast cesarz Tacyt (275-276) miał nakazać zamykanie ich o zmierzchu w celu zapobiegania nocnym zamieszkom i obyczajowym ekscesom. Wiarygodność obu tych przekazów jest jednak bardzo wątpliwa.

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja z barami, czyli rzymskimi popinae. Część z nich działała do późnych godzin nocnych, a niektóre prawdopodobnie pozostawały otwarte aż do rana. Dla ich sąsiadów oznaczało to kolejne krzyki, śmiechy i odgłosy pijackich zabaw.

Wino, mak i ucieczka na wieś

Nic dziwnego, że Rzymianie szukali różnych sposobów na spokojny sen. Niektórzy sięgali po mikstury, w których skład wchodziły między innymi anyż, cynamon, szafran czy mandragora.

Za środek ułatwiający zasypianie uchodziła również kapusta, choć jej rzeczywiste właściwości nasenne musiały być co najmniej wątpliwe. Znacznie skuteczniejsze mogły być wino oraz preparaty sporządzane z maku lekarskiego.

Ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, wybierali jeszcze prostsze rozwiązanie: wyjazd z Rzymu. Zamożni mieszkańcy każdego lata opuszczali rozgrzaną stolicę i przenosili się do swoich wiejskich posiadłości lub spokojniejszych miejscowości. Niektórzy decydowali się nawet porzucić miasto na stałe.

W trzeciej satyrze Juwenalisa bohater imieniem Umbrycjusz wylicza powody, dla których zamierza opuścić Rzym. Narzeka na ludzi, obyczaje i warunki życia w wielkiej metropolii, aż w końcu sprowadza sprawę do jednego z najbardziej prozaicznych problemów: chce się po prostu porządnie wyspać.

Ryk lwów pod oknami

Gladiatorzy nie mieli jednak możliwości ucieczki na wieś. Co gorsza, ich koszary znajdowały się w jednym z najbardziej ruchliwych rejonów miasta.

Via Labicana przebiegała tuż obok Ludus Magnus, największej rzymskiej szkoły gladiatorów. Po drugiej stronie ulicy prawdopodobnie znajdował się Ludus Gallicus, a nieopodal także Ludus Dacicus. Mieszkający w tych kompleksach wojownicy zasypiali więc przy nieustannym turkocie kół i odgłosach ruchliwej ulicy.

W noc przed igrzyskami pojawiał się jednak jeszcze jeden, znacznie bardziej złowrogi dźwięk.

Przez miasto transportowano wtedy dzikie zwierzęta przeznaczone do występów na arenie. Bestie przewożono w klatkach z cesarskiego vivarium, gdzie były wcześniej przetrzymywane, do znajdujących się przy Koloseum pomieszczeń i wybiegów. Wszystko to odbywało się w bezpośrednim sąsiedztwie szkół gladiatorskich.

Ryki lwów i innych zwierząt mogły więc przez wiele godzin rozlegać się tuż obok miejsc, w których nocowali ludzie wyznaczeni do udziału w igrzyskach.

Trudno wyobrazić sobie bardziej ponury akompaniament ostatniej nocy przed walką. Szczególnie przejmująco musiało to brzmieć dla mieszkańców Ludus Matutinus, szkoły przygotowującej ludzi do walk ze zwierzętami. Leżąc po ciemku, mogli słyszeć bestie, z którymi już za kilka godzin mieli stanąć oko w oko na arenie.

Dla niektórych nie był to więc zwykły nocny hałas. Był to dźwięk tego, co czekało ich o świcie.

Źródło

Niniejszy tekst stanowi fragment bestsellerowej książki Harry’ego Sidebottoma "Idący na śmierć. Gladiatorzy w starożytnym Rzymie" (wyd. Rebis, Poznań 2026).

Książka "Idący na śmierć" (wyd. Rebis, Poznań 2026) © Licencjodawca

Książkę można zamówić, klikając w ten link.

Wybrane dla Ciebie