Gaz pod dnem
Nyos leży w północno-zachodnim Kamerunie, w regionie pełnym śladów dawnej aktywności wulkanicznej. Jezioro wypełnia głęboki krater i ma ponad 200 metrów głębokości.
Z wnętrza ziemi przez skały i podwodne źródła przedostaje się do niego dwutlenek węgla pochodzenia magmowego. Przez lata gaz rozpuszczał się w najgłębszych warstwach wody. Sprzyjał temu tropikalny klimat.
W przeciwieństwie do wielu jezior w chłodniejszych strefach Nyos nie miesza się regularnie od powierzchni aż po dno. Na górze pozostawała spokojna tafla, a głęboko pod nią rosła ilość CO2 utrzymywanego w wodzie przez wysokie ciśnienie. Mechanizm przypomina zamkniętą butelkę napoju gazowanego.
Dopóki gaz pozostaje pod ciśnieniem, nic szczególnego się nie dzieje. Problem zaczyna się, gdy nasycona nim woda gwałtownie przesuwa się ku górze.
Niewidzialna fala
Do dziś nie ma całkowitej pewności, co uruchomiło katastrofę. Jedną z najbardziej prawdopodobnych przyczyn jest osuwisko, które mogło zepchnąć do jeziora masy skał i poruszyć głębokie warstwy wody.
Gdy nasycona CO2 woda znalazła się wyżej, ciśnienie spadło i gaz zaczął tworzyć pęcherzyki. Te pociągały ku powierzchni kolejne porcje wody, a proces sam się napędzał.
Z jeziora wyrwała się ogromna chmura dwutlenku węgla. CO2 jest bezbarwny i bezwonny, a przy dużym stężeniu śmiertelnie niebezpieczny. Jest także cięższy od powietrza.
Zamiast szybko się rozproszyć, przelał się przez krawędź krateru i popłynął niżej położonymi dolinami. Ludzie tracili przytomność w domach, na drogach i podczas snu.
Cisza po tragedii
Niektórzy ocaleni odzyskali świadomość dopiero po 6-36 godzinach. Widzieli obok siebie martwych bliskich i zwierzęta. W lampach naftowych nadal znajdowało się paliwo, ale płomienie zgasły.
Skala zagłady w najniżej położonych miejscach była niemal całkowita. W samej osadzie Nyos z około tysiąca mieszkańców przytomność odzyskały zaledwie cztery osoby. Zginęły również tysiące sztuk bydła.
Zwykle niebieska woda jeziora przybrała rdzawoczerwony kolor. Gwałtowne wyniesienie wód z głębin wydobyło związki żelaza, które po kontakcie z tlenem utworzyły brunatnoczerwone osady.
Część ocalałych mówiła też o zapachu zgniłych jaj lub prochu. Dwutlenek węgla nie ma jednak zapachu, a badania nie wykazały gazów siarkowych, które mogłyby odpowiadać za taki odór.
Badacze wiązali te relacje z zaburzeniami zmysłów wywołanymi bardzo wysokim stężeniem CO2.
Ostrzeżenie dwa lata wcześniej
Dwa lata wcześniej pojawiło się pierwsze ostrzeżenie. 15 sierpnia 1984 roku z jeziora Monoun, innego kameruńskiego jeziora kraterowego, wydostał się gaz, który zabił 37 osób.
Haraldur Sigurdsson, islandzki wulkanolog pracujący wówczas na University of Rhode Island w Stanach Zjednoczonych, badał tragedię. W wodzie pobranej z głębi odkrył ogromne ilości dwutlenku węgla i uznał, że świat zetknął się z nieznanym wcześniej rodzajem naturalnego zagrożenia.
Kilka miesięcy przed katastrofą Nyos wysłał na ten temat artykuł do prestiżowego czasopisma naukowego "Science". Tekst został odrzucony jako zbyt daleko idący.
Po tragedii nad Nyos mechanizm nie budził już podobnych wątpliwości. Zjawisko nazwano erupcją limniczną: nagłym uwolnieniem ogromnej ilości gazu rozpuszczonego w głębokiej wodzie.
Rozbudowa systemu
Katastrofa nie opróżniła jeziora z całego CO2. Gaz nadal napływał z głębi ziemi, dlatego naukowcy i inżynierowie zaczęli szukać sposobu na jego bezpieczne usuwanie.
W 2001 roku uruchomiono pierwszą rurę sięgającą głębokich warstw jeziora. Woda nasycona gazem jest nią wyprowadzana ku powierzchni.
Spadek ciśnienia uwalnia CO2, a powstające pęcherzyki napędzają dalszy przepływ. Nad taflą wyrasta przy tym wysoka fontanna wody. Później system rozbudowano.