Słabszych wyrzucano z tratwy. Koszmar rozbitków z "Meduzy"

„Tratwa Meduzy” Théodore’a Géricaulta z 1819 roku, artystyczna wizja losów rozbitków.„Tratwa Meduzy” Théodore’a Géricaulta z 1819 roku, artystyczna wizja losów rozbitków.
Źródło zdjęć: © Domena publiczna | Théodore Géricault

Na prowizorycznej tratwie dryfowało 147 rozbitków z francuskiej fregaty "Méduse". Nie mieli wystarczających zapasów żywności ani wody, a łodzie, które miały ich holować, odpłynęły. Przez trzynaście dni ludzie umierali z pragnienia, głodu i wyczerpania. Dochodziło do walk, zabójstw i kanibalizmu. Gdy na horyzoncie pojawił się statek ratunkowy, przy życiu pozostało zaledwie piętnaście osób.

Wyprawa do odzyskanej kolonii

W 1816 roku Francja przygotowywała się do ponownego objęcia swoich posiadłości w Senegalu, które wcześniej znajdowały się pod kontrolą Brytyjczyków. W czerwcu wyruszyły tam cztery okręty przewożące urzędników, żołnierzy, osadników oraz uczestników przedsięwzięć naukowych.

Jednym z nich była fregata "Méduse". Na jej pokładzie znajdował się nowy gubernator kolonii, Julien-Désiré Schmaltz. Jednostką dowodził Hugues Duroy de Chaumareys, oficer związany z przywróconą na francuski tron dynastią Burbonów.

Chaumareys wrócił do czynnej służby morskiej po długiej przerwie. Jego nominacja wzbudziła później wiele kontrowersji, ponieważ powierzono mu dowodzenie okrętem przewożącym ważnych przedstawicieli państwa, mimo ograniczonego aktualnego doświadczenia na morzu.

2 lipca fregata weszła na mieliznę na ławicy Arguin, u wybrzeży dzisiejszej Mauretanii. Próbowano ją uwolnić, ale działania załogi nie przyniosły rezultatu. Ostatecznie trzeba było przygotować się do opuszczenia okrętu.

Na "Meduzie" znajdowało się około czterystu osób. Dostępne łodzie nie mogły pomieścić wszystkich, dlatego z drewna i elementów wyposażenia fregaty zbudowano dużą tratwę.

Holowanie, które się skończyło

Na tratwę skierowano 147 ludzi, przede wszystkim żołnierzy. Kapitan i gubernator zajęli miejsca w szalupach, podobnie jak część pozostałych pasażerów. Niektórzy ludzie pozostali jeszcze na wraku.

Plan zakładał, że łodzie będą holowały tratwę w stronę wybrzeża. Szybko okazało się jednak, że ciężka konstrukcja sprawia ogromne trudności. Jej skraje zanurzały się w wodzie, a utrzymanie właściwego kierunku wymagało dużego wysiłku.

Wkrótce połączenie między szalupami a tratwą zostało przerwane. Relacje dotyczące tego momentu różnią się, zwłaszcza w kwestii odpowiedzialności za rozłączenie lin. Nie da się więc z całą pewnością odtworzyć jednej wersji wydarzeń. Wiadomo natomiast, że łodzie odpłynęły, pozostawiając ludzi na tratwie samych na otwartym morzu.

Rozbitkowie nie mieli sprawnego sposobu kierowania konstrukcją ani zapasów wystarczających dla tak licznej grupy. Szybko zaczęło brakować wody pitnej i jedzenia. Pozostało natomiast wino, które nie mogło zastąpić podstawowego zaopatrzenia.

Warunki na tratwie były skrajnie nierówne. Osoby przebywające przy brzegach konstrukcji stały w wodzie i były szczególnie narażone na zmycie przez fale. Ci, którym udało się zająć miejsce bliżej środka, mieli większe szanse przetrwania.

Przemoc i głód na otwartym morzu

Kolejne dni przynosiły coraz większą liczbę ofiar. Ludzie spadali do morza, umierali z wyczerpania i odnoszonych obrażeń. Dochodziło także do gwałtownych starć między rozbitkami.

Według relacji ocalałych część żołnierzy próbowała wszczynać bunty. Trzeba jednak pamiętać, że najważniejsze świadectwa pozostawili ludzie należący do grupy, która broniła środkowej części tratwy i miała dostęp do broni. Ich opisy nie pozwalają bezstronnie ustalić odpowiedzialności za każdą śmierć.

Głód doprowadził do kanibalizmu. Rozbitkowie spożywali ciała zmarłych, a niektórych ludzi uznanych za zbyt słabych, by przeżyć, pozbywano się z tratwy. Walka o resztki pożywienia i bezpieczne miejsce na konstrukcji stawała się coraz brutalniejsza.

Po trzynastu dniach dryfu na tratwę natrafił francuski bryg "Argus". Ratownicy znaleźli piętnastu żywych mężczyzn, których zabrali na pokład. Pięciu z nich zmarło jednak już po ocaleniu z morza.

Spośród 147 osób, które znalazły się na tratwie podczas ewakuacji "Meduzy", ostatecznie przeżyło zaledwie dziesięć.

Relacja, proces i obraz

Wśród uratowanych byli lekarz Henri Savigny i inżynier-geograf Alexandre Corréard. Ich świadectwa odegrały ważną rolę w nagłośnieniu katastrofy.

Pierwsze wiadomości o tragedii pojawiły się we francuskiej prasie już we wrześniu 1816 roku, a rok później obaj opublikowali szczegółową relację książkową.

Sprawa wywołała polityczny skandal. Szczególną uwagę zwracano na okoliczności powierzenia dowództwa Chaumareysowi, którego nominację wiązano z wpływami rojalistów w marynarce wojennej. Krytycy władz uznawali katastrofę za przykład skutków obsadzania odpowiedzialnych stanowisk według politycznych sympatii.

W 1817 roku kapitan stanął przed sądem wojennym w Rochefort. Podczas procesu analizowano jego raporty, zeznania świadków oraz dokumenty sporządzone przez innych uczestników wyprawy. Chaumareys został skazany na trzy lata więzienia.

Tragedia zainteresowała również malarza Théodore’a Géricaulta. Artysta spotykał się z rozbitkami, poznawał ich relacje i przygotowywał wielkie płótno przedstawiające dramat na tratwie.

Wybrał moment, w którym ocaleni dostrzegają w oddali statek mogący przynieść ratunek. Nie próbował wiernie odtworzyć wyglądu wszystkich uczestników ani każdego szczegółu wydarzeń. Stworzył przejmującą wizję ich cierpienia i nadziei na ocalenie.

Wybrane dla Ciebie