Proces zwierząt
Nie istniał jeden specjalny "sąd dla zwierząt". Sprawy wyglądały różnie. Sądy świeckie zajmowały się najczęściej zwierzętami domowymi, które zraniły lub zabiły człowieka.
Przed sądami kościelnymi stawały natomiast całe grupy szkodników niszczących pola i winnice: myszy, szczury, owady czy ślimaki. Postępowania mogły obejmować wezwania, świadków, pełnomocników i formalne wyroki.
W świeckich procesach wyjątkowo często pojawiały się świnie. Z badań historyka Svena Ginsa wynika, że stanowią ponad jedną czwartą znanych procesów zwierząt, a w przednowoczesnej Francji ponad połowę takich spraw. Szczególnie wiele dotyczyło śmierci dzieci.
Krew na prosiętach
10 stycznia 1457 roku sąd w Savigny-sur-Étang rozpatrywał śmierć pięcioletniego Jehana Martina. Przy chłopcu znaleziono lochę i sześć prosiąt. Zwierzęta były zabrudzone krwią. Lochę uznano za winną i skazano na powieszenie głową w dół.
Los prosiąt okazał się bardziej skomplikowany. Sąd nie potrafił wykazać, że również jadły ciało chłopca. Ich właściciel Jehan Bailly mógł je odzyskać pod warunkiem, że zagwarantuje ich wydanie, gdyby później pojawiły się dowody winy. Odmówił.
Ostatecznie młode uznano za mienie bez właściciela i przekazano Katherine de Barnault, pani Savigny, czyli właścicielce miejscowych praw zwierzchnich.
Sprawę prowadzono według miejscowych procedur, przesłuchiwano świadków i osobno rozstrzygano odpowiedzialność każdego ze zwierząt.
Rachunek za śmierć
Jeszcze mocniejszy dokument pochodzi z Falaise w Normandii. W 1386 roku około trzyletnia locha zabiła trzymiesięczne dziecko. Zachował się rachunek wystawiony po jej egzekucji.
Kat otrzymał 10 sous i 10 denarów za doprowadzenie zwierzęcia i powieszenie go. Osobno wypłacono mu 10 sous na nową rękawicę używaną podczas wykonania wyroku. Ten szczegół pochodzi z dokumentu datowanego na 9 stycznia 1386 roku.
Późniejsze relacje dodawały do tej historii bardziej widowiskowe szczegóły, między innymi ludzkie ubranie nałożone świni przed egzekucją. Nie wszystkie można potwierdzić równie mocno jak sam rachunek.
Obrońca dla myszy
Jeszcze dziwniej wyglądały procesy szkodników. W 1519 roku w Stelvio, w ówczesnym Tyrolu, postępowanie wszczęto przeciw zwierzętom określanym w źródłach jako myszy polne lub krety. Oskarżano je o niszczenie pól przez rycie ziemi. Wyznaczono im pełnomocnika, Hansa Grinebnera.
Obrońca nie ograniczył się do formalności. Przekonywał, że jego "klienci" przynoszą również korzyści, bo zjadają larwy i spulchniają ziemię. Gdy pojawiła się możliwość nakazania im opuszczenia pól, zażądał bezpiecznej drogi, podczas której nie zagrożą im psy, koty ani inne drapieżniki.
Sąd częściowo przychylił się do tej argumentacji. Ciężarnym samicom i młodym przyznano dodatkowe 14 dni na opuszczenie terenu.
Ten niezwykły zapis zachował się w dokumentacji procesu opublikowanej później przez badacza Edwarda Paysona Evansa.
Porządek ponad wszystko
Dziś takie procesy łatwo sprowadzić do opowieści o zabobonnym średniowieczu. Historycy widzą w nich coś więcej.
Publiczny wyrok usuwał niebezpieczne zwierzę, porządkował sytuację po tragedii i pokazywał, że miejscowa władza potrafi przywrócić naruszony porządek.
W przypadku szkodników formalne postępowanie dawało społeczności sposób reagowania na plagę, z którą w praktyce często niewiele można było zrobić.
Dziś historia tych procesów brzmi niewiarygodnie, ale absurdalne z naszej perspektywy sprawy prowadzono z wyjątkową drobiazgowością.