Amerykanin udający chińskiego iluzjonistę
Pod nazwiskiem Chung Ling Soo występował Amerykanin William Ellsworth Robinson. Przez lata podawał się za chińskiego iluzjonistę i konsekwentnie podtrzymywał tę rolę również poza sceną.
Podczas występów prawie się nie odzywał, a z dziennikarzami rozmawiał za pośrednictwem tłumacza. Dzięki temu nie musiał posługiwać się głosem, który mógłby wzbudzić wątpliwości co do jego pochodzenia.
Robinson nie ograniczał się więc do odpowiedniego kostiumu i makijażu. Cały sposób, w jaki prezentował się publiczności, podporządkował wymyślonej postaci. Dla widzów był po prostu Chung Ling Soo.
Dopiero tragiczna śmierć iluzjonisty sprawiła, że jego prawdziwa tożsamość stała się powszechnie znana.
Jak działała sztuczka z pociskami?
Jednym z najbardziej efektownych numerów Robinsona był "Defying the Bullets". Później często opowiadano, że Chung Ling Soo łapał wystrzelone w jego stronę kule zębami. Zachowane relacje opisują jednak inną sztuczkę.
Widzowie mogli obejrzeć pociski i oznaczyć je tak, aby później je rozpoznać. W trakcie numeru kule podmieniano, dlatego te oznaczone przez publiczność nie były wystrzeliwane w stronę artysty.
Najważniejszą rolę odgrywały specjalnie przerobione karabiny. Miały dodatkowy kanał, w którym umieszczano proch. Po naciśnięciu spustu następował wybuch i rozlegał się huk, ale właściwy pocisk miał pozostać na miejscu.
Robinson mógł więc zakończyć numer, pokazując na porcelanowym talerzu kule, które publiczność wcześniej oznaczyła. Widzowie mieli odnieść wrażenie, że właśnie zatrzymał pociski wystrzelone w jego stronę.
W rzeczywistości bezpieczeństwo iluzjonisty zależało od tego, czy przerobiona broń zadziała dokładnie tak, jak powinna.
Karabin zawiódł po latach
23 marca 1918 roku Robinson wykonywał swój numer przed publicznością. Dwaj pomocnicy stanęli z boku sceny i oddali w jego stronę strzały.
Tym razem iluzjonista upadł. Został trafiony w klatkę piersiową i poprosił o lekarza.
Po wypadku policja zabezpieczyła broń. Karabiny zbadał rusznikarz Robert Churchill, który nie znalazł śladów celowego uszkodzenia. Zwrócił jednak uwagę na zużycie jednego z mechanizmów.
Według jego wyjaśnienia w uszkodzonym miejscu przez długi czas mogły gromadzić się niewielkie ilości prochu. W końcu część ładunku znalazła się za pociskiem. Podczas feralnego występu eksplozja nadała mu wystarczającą siłę, aby opuścił lufę i trafił Robinsona.
Nie doszło więc do pomyłki polegającej na użyciu zwykłego karabinu podczas niebezpiecznej sztuczki. Broń była specjalnie przerobiona po to, aby pocisk nie wylatywał z lufy. Po latach użytkowania mechanizm przestał jednak działać prawidłowo.
Dochodzenie wskazało na wypadek
Robinson został przewieziony do Wood Green Hospital. Zmarł następnego dnia, 24 marca 1918 roku.
Po jego śmierci pojawiały się bardziej sensacyjne wersje wydarzeń. Opowiadano o klątwie, zemście i artyście, który przez lata igrał ze śmiercią, aż w końcu rzeczywiście padł jej ofiarą.
Dochodzenie nie potwierdziło takich podejrzeń. Nie znaleziono dowodów na sabotaż ani na to, że ktoś celowo przygotował broń tak, aby zabić Robinsona.
Ława przysięgłych uznała jego śmierć za skutek nieszczęśliwego wypadku.
Przez lata sztuczka była bezpieczna właśnie dlatego, że karabiny tylko sprawiały wrażenie, jakby wystrzeliwały pociski w stronę iluzjonisty. 23 marca zużyta broń zadziałała inaczej. Pocisk, który miał pozostać w karabinie, naprawdę wyleciał z lufy.