Kulisy katastrofy Challengera. Tak doszło do tragedii

Wieczorem przed startem Challengera inżynierowie producenta silników powiedzieli wprost, że przy tak niskiej temperaturze wahadłowiec nie powinien lecieć. Kilka godzin później ich firma zmieniła stanowisko. Następnego dnia Challenger wystartował i po 73 sekundach rozpadł się na oczach świata.

Statek kosmiczny Challenger, ok. miesiąc przed katastrofąStatek kosmiczny Challenger, ok. miesiąc przed katastrofą
Źródło zdjęć: © Domena publiczna

Występujące problemy

Kłopoty nie pojawiły się nagle w styczniu 1986 roku. Ślady uszkodzeń pierścieni uszczelniających wykrywano już po wcześniejszych misjach, a z czasem pojawiały się kolejne przypadki erozji i przedostawania się gorących gazów.

Mimo to wahadłowce nadal latały. Każda zakończona powodzeniem misja działała uspokajająco, choć kolejne uszkodzenia powinny raczej zwiększać ostrożność.

Problem szczególnie wyraźnie pokazał start z 1985 roku przeprowadzony przy temperaturze około 12°C. Po locie znaleziono poważne ślady uszkodzeń.

Testy wskazywały też, że gumowe pierścienie zachowują się inaczej w zależności od temperatury.

Sprzeciw inżynierów

Noc przed planowanym startem Challengera miała być wyjątkowo zimna. Podczas telekonferencji 27 stycznia inżynierowie firmy Morton Thiokol zalecili odłożenie misji do czasu, aż uszczelki osiągną temperaturę co najmniej około 12°C.

Obawiali się, że zimna guma będzie reagowała zbyt wolno i nie uszczelni połączenia silnika w odpowiednim momencie. Nie twierdzili, że katastrofa jest pewna. Problem polegał na czymś innym. Nikt wcześniej nie sprawdził tego rozwiązania podczas lotu w tak niskiej temperaturze.

To właśnie brak pewności był dla inżynierów argumentem za odroczeniem startu.

NASA chce dowodu

Przedstawiciele NASA zakwestionowali rekomendację producenta. Zwracali uwagę, że wcześniejsze uszkodzenia pojawiały się także podczas cieplejszych startów i nie dawały prostego wzoru.

W praktyce rozmowa zaczęła zmierzać w niebezpieczną stronę. Zamiast wykazać, że Challenger może bezpiecznie polecieć, zaczęto oczekiwać od inżynierów dowodu, że na pewno wydarzy się awaria.

Takiego dowodu oczywiście nie mieli.

Firma zmienia zdanie

Przedstawiciele Morton Thiokol przerwali rozmowę z NASA i naradzili się we własnym gronie. Po tej naradzie kierownictwo firmy wycofało wcześniejsze zastrzeżenia i zgodziło się na start.

Inżynierowie nadal byli przeciwni. Komisja badająca katastrofę uznała później, że menedżerowie ustąpili pod presją ważnego klienta.

Jeszcze poważniejszy okazał się problem z przepływem informacji. Wyżsi menedżerowie NASA, którzy podejmowali ostateczną decyzję, nie poznali pełnej historii problemów z uszczelnieniami. Nie wiedzieli również, że pierwsza rekomendacja Thiokol brzmiała: nie startować.

Challenger leci 73 sekundy

28 stycznia 1986 roku wahadłowiec oderwał się od platformy startowej. Po 73 sekundach pojazd rozpadł się. Zginęło siedmioro członków załogi.

Bezpośrednią przyczyną katastrofy była awaria połączenia prawego silnika rakietowego. Przez nieszczelność zaczęły wydostawać się gorące gazy.

Komisja Rogersa uznała jednak, że sama wada techniczna nie wyjaśnia wszystkiego. Problem był znany od lat, wcześniejsze ostrzeżenia stopniowo przestawały robić odpowiednie wrażenie, a dzień przed startem poważne zastrzeżenia inżynierów zostały osłabione na kolejnych szczeblach decyzyjnych.

Katastrofa zmienia program wahadłowców

Po tragedii loty wstrzymano. Przeprojektowano połączenie silnika, między innymi dodając trzeci pierścień uszczelniający, a NASA zmieniła organizację programu.

Wahadłowce wróciły w kosmos dopiero we wrześniu 1988 roku.

Historia Challengera stała się przykładem tego, jak niebezpieczne może być oswajanie się z wadą tylko dlatego, że wcześniej nie doprowadziła do katastrofy. Ostrzeżenia istniały. Problem polegał na tym, że z czasem coraz łatwiej było je uznać za niewystarczające.

Wybrane dla Ciebie