Ofiary rzezi wołyńskiej. Tylu Polaków zginęło z rąk UPA

Latem 1943 roku na Wołyniu każda kolejna noc mogła oznaczać koniec życia całej wsi. Napady na polskie osady przybierały skalę nieznaną wcześniej na tych ziemiach, a ich sprawcami byli ukraińscy nacjonaliści działający w ramach UPA. Do dziś historycy sprzeczają się o dokładną liczbę ofiar tej czystki, choć zgadzają się co do jej przebiegu i konsekwencji.

 Mieszkańcy Wołynia przed 1939 rokiem Mieszkańcy Wołynia przed 1939 rokiem
Źródło zdjęć: © Domena publiczna

Ziemia już wcześniej doświadczona

Zanim na Wołyń spadła fala mordów, mieszkańcy tego regionu przeszli przez dwie kolejne okupacje. Sowieci, którzy wkroczyli tu w 1939 roku, deportowali w głąb ZSRR, na Syberię i do Kazachstanu, około 45 tysięcy Polaków.

Gdy w czerwcu 1941 roku III Rzesza zaatakowała Związek Sowiecki, funkcjonariusze NKWD zdążyli jeszcze wymordować więźniów w Łucku, Równem i mniejszych miejscowościach, nie chcąc oddawać ich Niemcom żywych.

Po tym epizodzie Wołyń trafił pod niemiecką administrację jako część Komisariatu Rzeszy Ukraina. Okupacja trwała od sierpnia 1941 do lutego 1944 roku i stała się tłem, na którym rozwinęła się działalność OUN-UPA.

Ukraińscy nacjonaliści wykorzystali chaos wojenny i słabość niemieckiego aparatu kontroli na prowincji, budując struktury zbrojne, które już wkrótce zwrócą się przeciwko polskim sąsiadom.

Rok 1943 – szczyt terroru

Właściwa rzeź polskiej ludności Wołynia rozpoczęła się w lutym 1943 roku i trwała do lutego roku następnego. Jej apogeum przypadło na lato 1943, a konkretnie na lipiec, kiedy według szacunków zginęło około 17 tysięcy Polaków.

Dla porównania, do lipca tego roku liczbę ofiar oceniano na około 15 tysięcy, co pokazuje, jak dramatycznie przyspieszyło tempo zabijania w ciągu jednego miesiąca.

Mordercy nie ograniczali się do Polaków. Ginęli także Żydzi, Czesi, Rosjanie oraz Ukraińcy, którzy sprzeciwiali się działaniom UPA lub pochodzili z rodzin mieszanych polsko-ukraińskich.

Napadana ludność szukała ratunku, gdzie mogła. Część uciekała do miast kontrolowanych przez Niemców oraz do baz polskiej samoobrony, inni, w liczbie od pięciu do siedmiu tysięcy, wstępowali do sowieckiej partyzantki, licząc na ochronę przed atakami.

Skutki tej ucieczki widać w raporcie Delegatury Rządu na Kraj z 7 października 1943 roku. Dokument mówi o około 170 tysiącach Polaków skoncentrowanych w jedenastu miastach powiatowych oraz w 25 bazach samoobrony.

Liczba ta oddaje skalę wysiedlenia całej społeczności, która w ciągu kilku miesięcy została zmuszona do opuszczenia wiosek i szukania schronienia w skupiskach chronionych zbrojnie.

Fala przenosi się na południe

Mordy nie zakończyły się wraz z odejściem z Wołynia. W pierwszej połowie 1944 roku podobne akcje UPA rozpoczęła w województwach lwowskim, tarnopolskim i stanisławowskim, czyli w Galicji Wschodniej. Schemat pozostał ten sam, uderzenie w polskie wsie, likwidacja mieszkańców, palenie zabudowań.

Jednym z najbardziej drastycznych epizodów tego etapu stały się wydarzenia w Kutach nad Czeremoszem. Między 19 a 21 kwietnia 1944 roku sprawcy ukraińscy zabili tam około 500 osób, wśród nich polskich Ormian i Polaków.

Ta niewielka miejscowość nad rzeką stała się symbolem tego, że ofiarami czystki bywały też grupy etniczne dotąd rzadko wspominane w kontekście wołyńskich wydarzeń.

Spór o liczby, który trwa do dziś

Ustalenie precyzyjnej liczby ofiar okazało się zadaniem niemal niemożliwym. Małgorzata i Władysław Siemaszkowie zidentyfikowali z nazwiska od 36 543 do 36 750 polskich ofiar, dodając do tego od 13,5 do 23 tysięcy osób nieustalonych. Ich łączny szacunek, mieszczący się w przedziale 50–60 tysięcy zabitych, przez lata pozostawał najczęściej przywoływanym przez polskich historyków.

Inni badacze podawali liczby znacznie wyższe. Władysław Szcześniak i Wiesław Szota w książce "Droga do nikąd", opierając się na fragmentach meldunków Armii Krajowej, mówili o 60–80 tysiącach ofiar na Wołyniu, Polesiu, Chełmszczyźnie i Zasaniu.

W 2010 roku Ewa Siemaszko podniosła szacunek dla pięciu województw do co najmniej 133 800 zabitych, uwzględniając zarówno przypadki udokumentowane, jak i szacowane.

Rok później poseł Franciszek Jerzy Stefaniuk zgłosił w Sejmie projekt uchwały mówiący o 150–200 tysiącach ofiar, co stanowi górną granicę wszystkich pojawiających się w debacie liczb.

Wybrane dla Ciebie