"Pływający pałac"
Hindenburg był największym pasażerskim sterowcem, jaki kiedykolwiek wzniósł się w powietrze. Mierzył 245 metrów długości, czyli niewiele mniej niż największe ówczesne transatlantyki, i potrafił zabrać na drugą stronę oceanu dziesiątki pasażerów wraz z liczną załogą.
Nazwę otrzymał na cześć Paula von Hindenburga, niemieckiego marszałka i prezydenta. Konstruktorzy z zakładów Zeppelin budowali go przez kilka lat, od 1931 do 1936 roku, korzystając z doświadczeń zdobytych przy starszym Grafie Zeppelinie.
Wnętrze projektowano z myślą o komforcie ludzi przywykłych do podróżowania w luksusie. Strefę pasażerską umieszczono nie pod kadłubem, lecz w jego wnętrzu, co poprawiało opływowość maszyny i dawało gościom przestronne pomieszczenia.
Pasażerowie mieli do dyspozycji kabiny, salony i przestrzenie, z których można było obserwować ocean. Taki luksus robił wrażenie i przyciągał najbogatszych podróżnych.
Maszyna szybko udowodniła swoją użyteczność. W ciągu mniej więcej roku wykonała wiele dalekich lotów i przewiozła tysiące osób, regularnie pokonując trasę nad Atlantykiem.
Pasażerski sterowiec stał się symbolem nowoczesności i niemieckiej dumy technicznej. Niewielu spodziewało się, że jego kariera skończy się stosunkowo szybko.
Trzydzieści sekund
Ostatni rejs Hindenburga rozpoczął się we Frankfurcie i przez większą część drogi przebiegał spokojnie. Na pokładzie znajdowało się 36 pasażerów oraz 61 członków załogi.
Kłopoty pojawiły się dopiero przy samym podejściu do lądowania w Lakehurst, gdzie nad lotniskiem szalała burza i wiał silny wiatr. Procedury producenta wyraźnie zabraniały cumowania w takich warunkach, jednak decyzja o lądowaniu zapadła mimo to.
Sterowiec krążył nad lotniskiem, próbując ustabilizować położenie. Załoga zrzucała wyjątkowo dużo balastu, walcząc o zrównoważenie maszyny w niesprzyjającej pogodzie.
Gdy w końcu opuszczono liny cumownicze, miało już dojść do bezpiecznego przyciągnięcia olbrzyma do masztu. Zamiast tego maszyna nagle zajęła się ogniem.
Płomienie ogarnęły konstrukcję błyskawicznie. Hindenburg runął na ziemię w czasie krótszym niż minuta, na oczach zgromadzonych na lotnisku ludzi, fotografów i reporterów.
Z pożogi zdołały się uratować 62 osoby, część w ostatniej chwili wyskakując z płonącego kadłuba. Rannych przewieziono najpierw do pobliskiego szpitala, a następnie część z nich trafiła do Nowego Jorku.
Co właściwie się stało?
Śledztwo od początku natrafiało na trudności, a prasa szybko zaczęła sugerować, że pełnej przyczyny tragedii nie uda się nigdy ustalić. Hipotez pojawiło się sporo.
Mówiono o sabotażu, o strzale z amunicji zapalającej, wreszcie o iskrze elektrostatycznej, która miała zapalić ulatniający się z wnętrza gaz.
Część analiz wskazuje, że do katastrofy przyczyniło się zapalenie mieszanki wodoru z powietrzem, a nie samo poszycie kadłuba.
Możliwy przebieg wypadków układa się w logiczny ciąg: gwałtowny manewr przy podejściu do masztu, uszkodzenie jednego ze zbiorników z wodorem, wyciek gazu i wreszcie iskra, która pojawiła się po zrzuceniu mokrych lin cumowniczych. Wilgotne liny mogły posłużyć jako przewodnik dla nagromadzonych ładunków elektrycznych.
Po tragedii badacze zwracali uwagę przede wszystkim na fatalną decyzję o lądowaniu w złej pogodzie. Wskazywano także na łatwopalność powłoki sterowca, choć właśnie ta hipoteza wzbudza dziś najwięcej sporów.
Niezależnie od tego, który z czynników zaważył najmocniej, splot ryzykownej decyzji i wybuchowego gazu okazał się zabójczy.
Koniec epoki
Hindenburg często bywa przedstawiany jako symboliczny koniec ery sterowców, lecz takie ujęcie znacznie upraszcza historię.
Do poważnych katastrof tych maszyn dochodziło już wcześniej i żadna z nich nie przekreśliła ich używania. Pożar w Lakehurst rzeczywiście mocno zaszkodził pasażerskim sterowcom, jednak nie był jedynym powodem ich zmierzchu.
O odejściu od wielkich statków powietrznych zadecydował przede wszystkim rozwój samolotów, które zaczęły przejmować dalekie trasy. Były szybsze i coraz bardziej niezawodne.
Tam, gdzie liczył się komfort wolniejszej podróży, konkurencję stanowiły z kolei transatlantyki. Wielkie sterowce znalazły się więc pod podwójnym naciskiem i nie miały już miejsca w przyszłości lotnictwa pasażerskiego.
Same sterowce jednak nie zniknęły całkowicie. Mniejsze jednostki wracały tam, gdzie ceniono długi czas lotu i znaczny udźwig. Wykorzystywano je do obserwacji, łączności oraz celów wojskowych.