Korona, która ściągnęła wrogów
Przemysł II 26 czerwca 1295 roku został koronowany na króla w katedrze gnieźnieńskiej. Wkładając koronę na skronie, zamierzał wskrzesić dawne królestwo polskie, choć jego rzeczywista władza nie wykraczała poza Wielkopolskę i Pomorze Gdańskie. Był pierwszym od dwustu lat Piastem, który odważył się sięgnąć po królewski tytuł.
Tym samym ściągnął na siebie zawiść i wrogość sąsiadów. Najbardziej koronacja zaniepokoiła margrabiów brandenburskich z rodu Askańczyków, którzy od dawna spoglądali łakomie na Pomorze Gdańskie. Przemysł przejął tę ziemię po śmierci sprzymierzonego z nim księcia Mściwoja II, krzyżując plany Brandenburczyków, którzy chcieli ją zagarnąć dla siebie.
Dla margrabiów koronacja Przemysła była sygnałem, że ich szanse na opanowanie ziem nadbałtyckich coraz bardziej maleją. Rosnący w siłę król stawał się dla nich przeszkodą nie do zniesienia.
Postanowili więc go usunąć, a najpewniej pierwotnie porwać, by wymusić rezygnację z Pomorza lub zapewnić sobie prawa do tej ziemi po jego śmierci.
Zawiązanie spisku
Na organizatora zbrodni historycy najczęściej wskazują margrabiego Ottona IV, który namówił pozostałych Askańczyków do udziału w spisku. Bezpośrednim wykonawcą zamachu miał być rycerz Jakub Kaszuba, Pomorzanin w służbie brandenburskiej, stojący na czele oddziału liczącego prawdopodobnie kilkudziesięciu zbrojnych.
Termin ataku wybrano nieprzypadkowo. Ósmego lutego 1296 roku przypadał ostatni dzień zapustów, czyli karnawałowych ostatków.
Przemysł, zgodnie ze zwyczajem, bawił się wtedy w najlepsze w Rogoźnie, jedząc i pijąc wraz ze swoją świtą. W tym samym czasie oddział zamachowców podążał w głąb Wielkopolski.
Spiskowcy zadbali o każdy szczegół. Przygotowali dobre wierzchowce, by sprawnie wywieźć porwanego króla do Brandenburgii, a na trasie ucieczki rozmieścili zapewne świeże konie.
Pomagali im miejscowi przewodnicy, dzięki którym napastnicy nie zabłądzili wśród wielkopolskich lasów. Margrabiowie tymczasem czekali na wieści tuż za granicą, w Falkenbergu, nasłuchując niecierpliwie wiadomości z Polski.
Łatwy cel
Uprowadzenie króla ułatwił fakt, że Rogoźno zupełnie nie nadawało się do obrony. Pozbawione murów, stanowiło łatwy cel dla dobrze przygotowanych napastników. Co gorsza, sam Przemysł zlekceważył podstawowe środki ostrożności i nie wzmocnił straży.
Król i jego otoczenie wychodzili zapewne z założenia, że w spokojnej okolicy nic im nie grozi. Było to tragiczne w skutkach zaniedbanie.
Rogoźno dzieliło od granicy z Brandenburgią w linii prostej zaledwie około trzydziestu pięciu kilometrów, czyli dystans, który dało się pokonać w ciągu kilku godzin. Zamachowcy mieli więc całą noc, by pod osłoną ciemności przedostać się do miejsca pobytu króla.
Atak nastąpił wczesnym rankiem 8 lutego, gdy straż przyboczna Przemysła pogrążona była w głębokim śnie. Zaskoczenie wyczerpanych po nocnej zabawie polskich rycerzy było całkowite. Niewiele brakowało, by misternie uknuty plan Askańczyków powiódł się w pełni i bez przeszkód.
Ostatnia walka króla
W ostatnim momencie obrońcy zdołali jednak zorganizować pospieszny opór, na którego czele stanął sam zaskoczony król. Przemysł chwycił za broń, prawdopodobnie miecz, i stanął do nierównej walki z liczniejszym wrogiem. Z góry skazany był na porażkę, lecz nie zamierzał poddać się bez walki.
Jak przystało na jednego z najdzielniejszych Piastów, król bił się do ostatka sił. Wszystko wskazuje na to, że zdołał zabić lub ranić kilku napastników, zanim sam odniósł poważne rany.
Po pewnym czasie zemdlał z upływu krwi i osunął się na ziemię. Napastnicy pojmali okaleczonego, nieprzytomnego mężczyznę i przerzucili go przez konia. Od chwili wtargnięcia do Rogoźna minęło zaledwie kilka minut.
Brandenburczycy, chcąc zmylić pościg, ruszyli najpierw w stronę Śląska, by później skierować się do Brandenburgii. Wkrótce zorientowali się jednak, że nie zdołają dowieźć Przemysła żywego, a słabnący jeniec tylko opóźnia ich ucieczkę. Wówczas jeden z porywaczy postanowił dobić króla.
Tym, który zadał śmiertelny cios, był Jakub Kaszuba. Być może wystarczyło jedno cięcie, choć Jan Długosz sugerował później, że monarcha otrzymał wiele ciosów, zanim wyzionął ducha.
Pusty tron i nadzieja na przyszłość
Ciało Przemysła II znaleziono na drodze niedaleko Rogoźna. Czwarty koronowany władca Polski, człowiek, który po dwustu latach rozbicia odważył się włożyć królewską koronę, skończył jak pospolity wędrowiec napadnięty przez zbójców na gościńcu. Zabójcy zniknęli w zimowym mroku równie cicho, jak się z niego wyłonili.
Śmierć króla nie dała jednak Brandenburczykom upragnionego Pomorza. Ziemię tę przejęli ostatecznie Krzyżacy, których kilkadziesiąt lat wcześniej sprowadził do Polski Konrad Mazowiecki.
Wiadomość o zamordowaniu Przemysła wstrząsnęła Wielkopolską, a żałoba była powszechna i głęboka. Arcybiskup Jakub Świnka, który zaledwie pół roku wcześniej wkładał królowi koronę na głowę, teraz odprawiał nad jego trumną pogrzebowe modły.
Ciało Przemysła złożono w gnieźnieńskiej katedrze, w tym samym miejscu, gdzie spoczywała już jego pierwsza żona Ludgarda. Los złączył ich po śmierci, choć za życia wszystko ich dzieliło.
Źródło
Niniejszy tekst stanowi fragment najnowszej książki dr Mariusza Sampa "Kryminalne dzieje Piastów. Mroczna historia dynastii" (Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2026).
Książkę można zakupić na empik.com pod tym linkiem.