Stanisław Pietrow. Człowiek, który zapobiegł III wojnie światowej?

26 września 1983 roku radziecki system wczesnego ostrzegania poinformował o starcie amerykańskich rakiet balistycznych. Oficer dyżurny Stanisław Pietrow uznał jednak, że dane są niewiarygodne. Miał rację: żadnego ataku nie było, a alarm wywołało światło słoneczne odbite od chmur.

Stanisław Pietrow w 2016 r.Stanisław Pietrow w 2016 r.
Źródło zdjęć: © Wikimedia Commons 4.0 | Queery-54

System wykrywa rakiety

Pietrow pełnił nocny dyżur w centrum Serpuchow-15 pod Moskwą. Ośrodek obsługiwał system Oko, który za pomocą satelitów miał wykrywać starty amerykańskich rakiet międzykontynentalnych.

Krótko po północy system zgłosił wystrzelenie jednego pocisku z terytorium Stanów Zjednoczonych. Po chwili pojawiły się informacje o czterech kolejnych. W centrum uruchomił się alarm.

Zadaniem Pietrowa było ocenić, czy wskazania oznaczają rzeczywisty atak. Nie miał jednak prawa samodzielnie użyć radzieckiej broni jądrowej. Jego meldunek był jednym z elementów większego systemu dowodzenia.

Pietrow nie ufa komputerowi

Oficer zwrócił uwagę na kilka rzeczy, które nie pasowały do spodziewanego przebiegu amerykańskiego ataku. Przede wszystkim system wskazywał zaledwie kilka rakiet. Pietrow uważał, że prawdziwe uderzenie jądrowe rozpoczęłoby się znacznie większą salwą.

Alarmu nie potwierdzały także radary naziemne. Nie mogły one od razu zobaczyć pocisków znajdujących się daleko za horyzontem, ale brak dodatkowego potwierdzenia zwiększał wątpliwości.

Znaczenie miało również to, że Oko był stosunkowo nowym systemem. Pietrow znał jego ograniczenia i nie traktował wskazań komputera jako niepodważalnego dowodu.

Fałszywy alarm

Popularna wersja tej historii często przedstawia Pietrowa jako oficera, który po prostu nie poinformował przełożonych o ostrzeżeniu. To uproszczenie.

Informacja o alarmie została przekazana, ale Pietrow zakwalifikował go jako fałszywy. Nie potwierdził więc, że Stany Zjednoczone rozpoczęły atak.

Decyzję musiał podjąć szybko i bez pełnego zestawu danych. Oparł się na doświadczeniu, własnej ocenie sytuacji i przekonaniu, że charakter alarmu nie odpowiada rzeczywistemu uderzeniu jądrowemu.

Co było winne?

Po kilkudziesięciu minutach było już jasne, że żadnych rakiet nie ma. Późniejsze badania pozwoliły ustalić, dlaczego system się pomylił.

Problem spowodowało wyjątkowe ustawienie Słońca, satelity i wysoko położonych chmur nad Stanami Zjednoczonymi. Odbite od kryształków lodu światło trafiło do czujników i zostało błędnie rozpoznane jako promieniowanie towarzyszące startowi rakiety.

System wykonał więc swoje obliczenia zgodnie z zaprogramowanym sposobem działania, ale błędnie zinterpretował nietypowe zjawisko atmosferyczne.

Czy naprawdę "uratował świat"?

Incydent wydarzył się w wyjątkowo napiętym okresie zimnej wojny. Zaledwie kilka tygodni wcześniej radzieckie lotnictwo zestrzeliło samolot Korean Air Lines 007, a stosunki między Moskwą i Waszyngtonem były bardzo złe.

Z czasem Pietrow zaczął być przedstawiany jako "człowiek, który uratował świat". Takiego stwierdzenia nie da się jednak udowodnić. Nie wiadomo, co dokładnie wydarzyłoby się, gdyby uznał alarm za prawdziwy, ponieważ dalsze decyzje należały do kolejnych szczebli dowodzenia.

Nie zmienia to znaczenia jego decyzji. Pietrow nie zaufał bezkrytycznie automatycznemu ostrzeżeniu i prawidłowo ocenił, że dane nie pasują do rzeczywistego ataku.

Wybrane dla Ciebie