Zapomniany kat Warszawy. Nie odpowiedział za rzeź Woli

Heinz Reinefarth odpowiadał za oddziały, które w sierpniu 1944 roku mordowały mieszkańców warszawskiej Woli. Po wojnie nie trafił jednak do więzienia. Został burmistrzem niemieckiego kurortu, zasiadał w landtagu i do końca życia pobierał generalską rentę.

Heinz Reinefarth (pierwszy od lewej)Heinz Reinefarth (pierwszy od lewej)
Źródło zdjęć: © Domena publiczna

Prawnik, który wybrał SS

Reinefarth urodził się 26 grudnia 1903 roku w Gnieźnie. Dorastał w niemieckim środowisku niechętnym Polakom, a po studiach prawniczych rozpoczął karierę adwokacką.

W 1932 roku wstąpił do NSDAP, a niedługo później związał się z SS. Kolejne awanse zaprowadziły go do stopnia SS-Gruppenführera i generała Waffen-SS.

Brał udział w napaści na Polskę, kampanii francuskiej oraz walkach przeciw Związkowi Sowieckiemu. Później pracował w sztabie wyższego dowódcy SS i Policji w Kraju Warty, gdzie niemieckie władze prowadziły brutalną politykę wysiedleń, germanizacji i terroru wobec Polaków.

Latem 1944 roku Heinrich Himmler uznał go za oficera odpowiedniego do zdławienia powstania w Warszawie.

Wola zamieniła się w miejsce masowej egzekucji

Reinefarth objął dowództwo grupy bojowej, która ruszyła na stolicę od zachodu. Podlegały mu między innymi jednostki Oskara Dirlewangera, znane z wyjątkowego okrucieństwa, oraz oddziały RONA.

Niemcy otrzymali zgodę na zabijanie ludności cywilnej i niszczenie miasta. 5 sierpnia rozpoczęli na Woli masowe egzekucje mieszkańców wyciąganych z domów, szpitali, fabryk i piwnic.

Ofiary rozstrzeliwano całymi grupami. Żołnierze mordowali kobiety, dzieci, rannych i personel medyczny, a zabudowania podpalali razem z ludźmi ukrywającymi się wewnątrz.

Skala zbrodni przerosła nawet możliwości oprawców. Reinefarth miał zameldować generałowi Nikolausowi von Vormannowi, że dysponuje większą liczbą jeńców niż amunicji potrzebnej do ich zabicia.

W następnych dniach podległe mu jednostki walczyły na Starym Mieście, Powiślu i Czerniakowie. Egzekucje cywilów, rannych oraz schwytanych powstańców nie zakończyły się wraz z zajęciem Woli.

Za udział w tłumieniu powstania Reinefarth nie został ukarany. 30 września 1944 roku otrzymał Liście Dębowe do Krzyża Rycerskiego.

Skazany przez Niemców, ocalony przez koniec wojny

Pod koniec 1944 roku powierzono mu dowodzenie XVIII Korpusem Armijnym SS. Bronił między innymi rejonu Kostrzyna przed Armią Czerwoną.

Wiosną 1945 roku odmówił wykonania rozkazu walki do ostatniego żołnierza i wyprowadził część swoich ludzi z okrążenia. Niemiecki sąd wojskowy skazał go za to na śmierć, lecz upadek III Rzeszy uniemożliwił wykonanie wyroku.

Po kapitulacji Reinefarth dostał się do niewoli aliantów zachodnich. Polska domagała się jego wydania, chcąc postawić go przed sądem za zbrodnie popełnione w Warszawie.

Do ekstradycji nie doszło. Zachodnioniemiecki sąd uznał, że materiał dowodowy nie wystarcza do wniesienia oskarżenia, i zwolnił byłego generała SS.

Burmistrz z przeszłością kata

Reinefarth osiadł na wyspie Sylt. W 1951 roku mieszkańcy Westerlandu wybrali go na burmistrza, choć jego wojenny życiorys nie był tajemnicą.

Urząd sprawował przez szesnaście lat. Nadzorował odbudowę miasta i rozwój turystyki, zdobywając opinię skutecznego samorządowca.

W 1958 roku został również posłem do landtagu Szlezwiku-Holsztynu. W demokratycznych Niemczech Zachodnich człowiek odpowiedzialny za masakrę ludności cywilnej swobodnie rozwijał więc karierę polityczną.

Kolejne śledztwa nie doprowadziły do procesu. Reinefarth twierdził, że nie wiedział o egzekucjach albo nie miał nad nimi kontroli, choć dowodził oddziałami działającymi na Woli.

Po odejściu z polityki pracował jako prawnik. Nie pozwolono mu zostać notariuszem, lecz zachował generalską rentę i spokojne życie w nadmorskim kurorcie.

Zmarł 7 maja 1979 roku w Westerlandzie. Nigdy nie odpowiedział przed sądem za rzeź Woli ani pozostałe zbrodnie popełnione przez jego żołnierzy podczas powstania warszawskiego.

Jego los stał się symbolem powojennej pobłażliwości wobec dawnych funkcjonariuszy nazistowskiego państwa. Reinefarth nie musiał ukrywać nazwiska ani uciekać przed wymiarem sprawiedliwości. Wystarczyło, że znalazł się w kraju, który przez lata wolał patrzeć w przyszłość niż rozliczać własną przeszłość.

Wybrane dla Ciebie