Zgubili bombę termojądrową. Nigdy jej nie odnaleziono

5 lutego 1958 roku nad wybrzeżem Georgii doszło do zderzenia dwóch amerykańskich samolotów wojskowych. Uszkodzony bombowiec B-47 zdołał dolecieć w pobliże bazy, ale w jego komorze znajdowała się bomba termojądrowa. Załoga zrzuciła ją do zatoki, żeby bezpiecznie wylądować. Mimo długich poszukiwań broni nigdy nie odnaleziono.

Przegląd Galerii Pocisków i Kosmosu w Muzeum Sił PowietrznychPrzegląd Galerii Pocisków i Kosmosu w Muzeum Sił Powietrznych
Źródło zdjęć: © Domena publiczna | U.S. Air Force

Zderzenie podczas ćwiczeń

B-47 wykonywał nocną, symulowaną misję bojową w pobliżu Savannah. Podczas ćwiczeń zderzył się z myśliwcem F-86. Pilot myśliwca zdołał się katapultować, natomiast uszkodzony bombowiec początkowo gwałtownie tracił wysokość.

Załoga odzyskała jednak kontrolę nad maszyną i skierowała się do bazy Hunter. Problemem pozostawała przewożona bomba Mark 15 Mod 0, ważąca około 3,4 tony. Zawierała także konwencjonalny materiał wybuchowy, który w razie katastrofy samolotu mógł eksplodować.

Załoga kilkakrotnie próbowała podejść do lądowania. Uszkodzony bombowiec nie mógł jednak dostatecznie zwolnić. Dowódca uznał, że przyziemienie z ciężką bombą na pokładzie jest zbyt ryzykowne.

Bomba wpada do zatoki

Lotnicy otrzymali zgodę na zrzucenie ładunku do Wassaw Sound, zatoki położonej w pobliżu Tybee Island. Bomba wpadła do wody, a załoga nie zauważyła eksplozji.

Po pozbyciu się ładunku B-47 bezpiecznie wylądował.

Wojsko natychmiast rozpoczęło poszukiwania. Warunki były jednak trudne. Dno pokrywały grube warstwy piasku i mułu, a prądy przesuwały osady i utrudniały dokładne zlokalizowanie ciężkiego przedmiotu.

Poszukiwania trwały ponad dwa miesiące. 16 kwietnia 1958 roku Siły Powietrzne uznały, że bomby nie da się odnaleźć i wydobyć. Od tamtej pory jej dokładne położenie pozostaje nieznane.

Czy mogła wybuchnąć?

Wokół zaginionej bomby szybko narosło pytanie, czy pod wodą nadal znajduje się w pełni uzbrojona broń jądrowa.

Z dokumentów opisanych w materiale wynika, że podczas tego lotu Mark 15 nie miała kapsuły potrzebnej do wywołania eksplozji jądrowej. Według stanowiska Sił Powietrznych taki wybuch nie był więc możliwy.

Bomba nadal zawierała jednak konwencjonalny materiał wybuchowy oraz składniki zawierające uran. Nie była zatem zupełnie obojętnym kawałkiem metalu leżącym na dnie.

Zamieszanie wywołał później dokument z 1966 roku, w którym broń opisano jako kompletną. Siły Powietrzne ponownie przejrzały jednak dokumentację i uznały tę informację za błędną. Za bardziej wiarygodną przyjęto wersję, że kapsuły potrzebnej do wybuchu jądrowego na pokładzie nie było.

Lepiej nie ruszać

Po latach ponownie rozważano odnalezienie bomby. W 2001 roku wojskowi eksperci doszli jednak do wniosku, że dokładne przeszukiwanie dna i próba wydobycia mogłyby stworzyć większe zagrożenie niż pozostawienie jej w osadach.

W 2004 roku pojawiła się jeszcze nadzieja na przełom. Emerytowany wojskowy wykrył podwyższone promieniowanie w jednym z rejonów zatoki. Badania nie potwierdziły jednak obecności bomby. Odczyty powiązano z naturalnymi minerałami występującymi w osadach.

Do dziś nie wiadomo dokładnie, gdzie znajduje się Mark 15 ani w jakim jest stanie. Najprawdopodobniej pozostaje gdzieś pod warstwą piasku i mułu u wybrzeży Georgii.

Wybrane dla Ciebie