Człowiek o wielu twarzach
Pochodzenie bohatera tej opowieści wymyka się pewnym ustaleniom. Jedni dopatrywali się w nim nieślubnego syna Zygmunta III Wazy, inni widzieli zaledwie drobnego mazowieckiego szlachcica. Wychowywał się ponoć u Rafała Kostki, starosty malborskiego, i stamtąd zaczerpnął nazwisko Napierski.
Wojna trzydziestoletnia dała mu rangę kapitana oraz znajomość niemieckich pól bitewnych, gdzie nauczył się prowadzić ludzi mówiących różnymi językami. W rodzinne strony wrócił jako żołnierz zaprawiony i pewny siebie, choć z niemal pustą kieszenią. Majątku mu brakowało, lecz doświadczenie cenił wyżej i dobrze wiedział, ile jest warte.
Władysław IV chętnie sięgał po takich ludzi. W 1648 roku wyprawił Kostkę w podróż po Europie, której celem było szukanie sojuszników przeciw Turcji. Król nosił się z zamiarem wielkiej wojny, a człowiek ruchliwy i obyty z obcymi dworami świetnie nadawał się do dyskretnych rozmów daleko od kraju.
Trafem śmierć monarchy przekreśliła te plany, a Kostka został z plikiem dokumentów, których nikt już nie kwapił się od niego odbierać. Papiery z królewską pieczęcią okazały się groźniejsze, niż przypuszczał ten, kto je wystawił.
Zamek wzięty bez wystrzału
Kilka lat później Kostka pojawił się na Podhalu z rozkazami wystawionymi raz na nazwisko Napierski, raz Kostka. Wciąż powoływał się na władzę królewską, choć na tronie zasiadał już kto inny. Werbował górali, składał obietnice, namawiał i roztaczał przed nimi wizję wielkiego przedsięwzięcia.
Jednym mówił, że działa w imieniu Jana Kazimierza, innym napomykał o kozackim hetmanie. Pewności brak do dziś, a sam zainteresowany skrzętnie tę dwuznaczność podsycał. Niejasność była jego najskuteczniejszą bronią, groźniejszą od wszystkiego, co nosił u boku.
Czorsztyn padł w czerwcu 1651 roku w sposób niemal kompromitujący dla obrońców. Załoga ruszyła wcześniej na pospolite ruszenie, więc w całej warowni zostały ledwie dwie osoby.
Buntownicy weszli do środka bez najmniejszego oporu, jakby zamek od dawna na nich czekał. Wieść o zdobyciu tatrzańskiej twierdzy miała poderwać chłopów do powstania na ogromną skalę.
Zamiary przywódcy buntu sięgały daleko. Później, w trakcie śledztwa, mówił o uderzeniu na Kraków i o trzydziestu tysiącach uzbrojonych górali gotowych za nim pójść. Schwytany kozacki wysłannik zeznał nawet, że całą operację miało sfinansować trzy tysiące złotych przekazane przez Chmielnickiego.
Krótka rewolta i obietnica niedotrzymana
Bunt rozsypał się równie prędko, jak wybuchł. Prywatne chorągwie biskupa krakowskiego Piotra Gembickiego ruszyły bez oglądania się na opieszałe sejmiki i odbiły Czorsztyn po niespełna dziesięciu dniach. Mit wielkiego powstania chłopskiego prysł przy pierwszym poważniejszym starciu z regularnym wojskiem.
Górale, postawieni pod ścianą, zachowali się tak, jak można się było spodziewać. Wydali przywódców w zamian za obietnicę, że ujdą z życiem. Dotrzymano jej wszakże tylko w połowie, jak to nieraz bywało w siedemnastowiecznej Polsce, gdzie słowo dane chłopu ważyło nieporównanie mniej niż honor szlachcica.
Kostkę-Napierskiego przewieziono do Krakowa i poddano torturom, choć do końca powoływał się na szlacheckie urodzenie, które miało go przed czymś takim uchronić. Na mękach mówił wiele, lecz niewiele konkretnego. Wspominał Chmielnickiego, wspominał siedmiogrodzkiego Rakoczego, a o sobie samym uparcie powtarzał, że jest synem Władysława IV.
Wspólników jednak nie wydał, choć kat pracował starannie i bez pośpiechu. Jan Kazimierz, który mógłby się zawahać nad losem rzekomego krewniaka, podpisał wyrok śmierci.
Rożen na Krzemionkach
Egzekucję wyznaczono na krakowskich Krzemionkach. Władze obawiały się tłumu i ewentualnej reakcji górali, więc wokół szafotu ustawiono jedenaście chorągwi.
Osobnym kłopotem okazała się sama budowa rusztowania, bo cieśle wzbraniali się przed taką robotą. Trzeba ich było namawiać, dopłacać i poić gorzałką, zanim ktokolwiek zabrał się za heblowanie desek pod tak ponury cel.
Najgorsze przyszło wraz z katem Szymonem. Człowiek ten wyraźnie nie miał wprawy w nabijaniu na pal, czynności wymagającej okrutnej, wyrachowanej precyzji.
Skazaniec konał wyjątkowo długo, a zgromadzony tłum patrzył na to w niemym osłupieniu. Wespazjan Kochowski, kronikarz tamtej epoki, zamknął całą scenę w cierpkim dwuwierszu o rożnie, w którym szyderstwo miesza się ze zgrozą.
Ciała pozostawiono na widoku przez kilka dni, żeby przestroga dotarła do każdego, komu przyszedłby kiedyś do głowy podobny zamysł. Potem górale wrócili do swoich dolin, biskup do swoich włości, a król do swoich wojen z Kozakami.
Po Kostce-Napierskim zostały protokoły przesłuchań, niejasne pisma i pytanie, wokół którego historycy spierają się do dziś.
Awanturnik, obcy agent czy nieślubny potomek Wazów? Być może po trochu każdy z nich naraz. W epoce, w której o tożsamości człowieka rozstrzygały dokument i pieczęć, jeden zuchwały gracz z odpowiednim listem w zanadrzu potrafił wstrząsnąć całym regionem. Choćby tylko na dziesięć dni.
Wybór literatury:
- Aleksander Kostka-Napierski. Straszliwy koniec przywódcy chłopskiego powstania [https://historia.dorzeczy.pl/nowozytnosc/462222/aleksander-kostka-napierski-kim-byl-powstanie-straszny-koniec.html]
- Aleksander Kostka-Napierski. Zdrajca czy obrońca uciśnionych? [https://polskieradio24.pl/artykul/1475007,aleksander-kostka-napierski-zdrajca-czy-obronca-ucisnionych]