Rzeź zamiast biesiady
Dziewiątego lutego 1003 roku Bolesław Rudy świętował powrót na czeski tron, który odzyskał dzięki zbrojnej pomocy polskiego kuzyna, Bolesława Chrobrego. Zaledwie kilka tygodni wcześniej był bezdomnym wygnańcem, a teraz znów zasiadał wśród elity swojego kraju. Wystawna uczta miała być przypieczętowaniem tego triumfu.
Sielanka trwała, dopóki Bolesław nie sięgnął po miecz. Podczas jednego z toastów książę wstał od stołu, podszedł do swojego zięcia z rodu Wrszowców i z całej siły wbił mu miecz w głowę. Krew trysnęła na biesiadny stół, a zanim ktokolwiek zdążył zareagować, drużynnicy Rudego chwycili za oręż i rzucili się na pozostałych gości.
Zaczęła się rzeź. Możnowładcy, spodziewający się dobrej zabawy, konali w kałużach wina, zamieniwszy kielichy na ostrza. Jedni próbowali uciekać, inni walczyli gołymi rękami, większość po prostu zginęła.
Ta krwawa jatka miała swój cel. Rudy usiłował jednym zamachem zlikwidować opozycję, która mogłaby zagrozić jego władzy. Niewykluczone również, że chciał wykorzystać tę okazję do wymuszenia na ocalałych korzystniejszych dla siebie zasad dziedziczenia, pozwalających na uniezależnienie się od kaprysów elit.
Strzał w kolano
Tym samym jednak strzelił sobie w kolano w sposób jeszcze bardziej spektakularny, aniżeli można sobie wyobrazić. Ci z możnych, którzy uszli z uczty cało, pobiegli prosto do jedynej osoby, która mogła im pomóc. Do Bolesława Chrobrego z Polski.
Polski władca wysłuchał ich prośby bez specjalnego namysłu. Propozycja zastąpienia niestabilnego krwiopijcy na praskim tronie kimś bardziej przewidywalnym (czyli sobą samym) była zbyt kusząca, by ją odrzucić.
Pozostało tylko zaplanować całą operację tak, by nie dać Rudemu żadnej szansy na ucieczkę czy obronę. Ktoś w otoczeniu Bolesława Chrobrego (a może i on sam) wpadł na pomysł, by posłużyć się najprostszą metodą, czyli podstępem.
Plan był prosty i okrutny. Skoro Rudy sam zraził do siebie wszystkich możnych, wystarczyło zaskoczyć go, zanim zdąży zorientować się w sytuacji. Czeski książę, otoczony rosnącym gronem wrogów, nie miał już nikogo, kto stanąłby w jego obronie.
Oczy za podstęp
Nad ranem do komnaty wtargnęli ludzie Chrobrego. Zerwali zaspanego księcia z łoża, przycisnęli go do podłogi i wyłupili mu oczy. Okaleczony Przemyślida nawet nie zdążył pojąć, jak to się mogło stać.
Przed kilku godzinami był gościem na książęcym dworze, teraz leżał w kałuży krwi, niezdolny już nigdy spojrzeć na świat. Człowiek, który ledwie odzyskał tron, stracił go w jednej chwili, a wraz z nim wzrok.
Thietmar sugerował, że Bolesław Chrobry miał ten plan w głowie już od początku. Polski książę miałby świadomie podjudzać Rudego do krwawej rozprawy z opozycją, dobrze wiedząc, że ta w końcu zwróci się o pomoc właśnie do Gniezna.
Czy rzeczywiście Chrobry był tak dalekowzrocznym makiawelistą, trudno rozstrzygnąć. Thietmar nie znosił polskiego panującego i chętnie przypisywał mu najgorsze intencje. Prawdopodobnie kronikarz po prostu dedukował wstecz: skoro Chrobry tak sprawnie wykorzystał sytuację, musiał ją od początku planować.
To jednak wniosek zbyt pochopny. Równie dobrze piastowski książę mógł po prostu chwytać okazje, które same mu się nadarzały. W polityce średniowiecznej gracz doskonały to niekoniecznie ten, który wszystko przewiduje, ale ten, który nie marnuje żadnego prezentu od losu.
Okrutne, ale typowe dla epoki
Czy można dzisiaj potępiać Bolesława Chrobrego za to, co zrobił? Z perspektywy współczesnej moralności odpowiedź jest oczywista. Tyle tylko że w epoce, w której żył polski władca, takie metody należały do politycznej codzienności.
Oślepienie rywala uchodziło za rozwiązanie niemal humanitarne, na przykład w porównaniu z pozbawieniem go głowy, do czego w średniowieczu dochodziło zresztą stosunkowo często. Pozbawiony wzroku książę tracił bowiem zdolność do panowania, bo władca musiał być pełnosprawny, a jednocześnie zachowywał życie.
Chrobry nie zrobił więc nic, czego nie robiliby wówczas inni. Zrobił to sprawnie, bezbłędnie i z rozmachem, który wyniósł jego państwo na nowy poziom. Co ciekawe, do oślepiania konkurentów uciekali się też inni Piastowie.
Władca od Bałtyku po Dunaj
Okaleczywszy kuzyna, Bolesław Chrobry nie tracił ani chwili. Ruszył na Pragę, gdzie miejscowe możnowładztwo obwołało go jednomyślnie swoim nowym panem. Nikt się nie sprzeciwił, bo i nie było komu.
Czeska elita, zmęczona krwawymi rządami Rudego, widziała w polskim władcy jedyną realną nadzieję na normalność. O Jaromirze i Udalryku, dwóch Przemyślidach przebywających na wygnaniu w Rzeszy, nikt nawet nie wspomniał.
Chrobry stanął wreszcie u szczytu. Władał bowiem Polską, Pragą oraz całymi Czechami, a jego państwo rozciągało się od Bałtyku po Dunaj. Był to moment największej potęgi, jaką dotąd osiągnął jakikolwiek piastowski władca.
Niestety dla niego Czechy były lennem cesarstwa, a tamtejsi książęta rządzili z łaski niemieckich władców. Henryk II, co nikogo dziwić nie może, nie zamierzał tolerować polskiej dominacji nad Wełtawą. W 1004 roku wyruszył na Bolesława Chrobrego z potężną armią, a cała wyprawa zakończyła się spektakularnym zwycięstwem niemieckiego oręża.
Polski władca, widząc nieuchronną klęskę, zdołał w ostatniej chwili ewakuować się z Pragi. Stracił ją równie szybko, jak ją zdobył.
Trzydzieści lat w cieniu
Bolesław Rudy z pewnością dopingował Henryka z całych sił, jednak nie przyniosło mu to żadnej korzyści. Niemiecki król, wyrzuciwszy z Czech Polaków, zupełnie nie zainteresował się losem okaleczonego księcia.
Rudy pozostał jeńcem Chrobrego. Trzymano go na Wawelu, gdzie przez ponad trzydzieści lat (aż do śmierci w 1034 roku) snuł się po komnatach niczym duch przegranej ambicji, stając się obiektem drwin polskich dworzan.
Tak zakończyła się historia człowieka, który własnym okrucieństwem zniszczył wszystko, co miał. Najpierw stracił poparcie poddanych, potem tron, a w końcu wzrok i wolność. Jego upadek był całkowity.
Źródło
Niniejszy tekst stanowi fragment najnowszej książki dr Mariusza Sampa "Kryminalne dzieje Piastów. Mroczna historia dynastii" (Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2026). Książkę można zakupić na empik.com pod tym linkiem.